Opowiadanie numer 3 "Jestem tutaj, jestem tutaj..."

Jest, jeszcze gorące tuż po korekcie. Na początku lipca postanowiłam napisać opowiadanie, miało być lekkie i o miłości. Hm...a potem popłynęłam. Dziś przedstawiam Wam pierwszą część opowiadania, myślę że jesienią pojawi się kolejna część.
Miłego czytania :)



Barbara Grzymkowska-Blok
Opowiadanie letnie
„Jestem tutaj, jestem tutaj…”
Szczęka jej cała drżała. Czuła spięte mięśnie twarzy i ramion. „ Jak czujesz jakąś część swojego ciała, oznacza to, że organizm jest nieszczęśliwy albo chory…” dobre sobie, pomyślała i otworzyła szeroko buzię. A,aaaa, oooo – kolejne dźwięki miały jej pomóc zapanować nad bólem. Gimnastyka buzi i języka. Zbyt dobrze pamiętała Panią Irenkę. W małym pokoiku na ostatnim piętrze budynku, miała swój gabinet.  Ona i inne dzieci spędzała w nim bardzo dużo czasu. Zimą zawsze marzła, wiosną było tam ciemno. Sama logopedka, była chodzącą górą lodową. Zawsze skrzywiona i zapatrzona w dal.
 „ A teraz wystaw język i spróbuj umyć nim usta…” Na samo wspomnienie spięła się jeszcze bardziej, a przecież to miało jej pomóc.
Od trzech godzin jechała autem. Uciekała. Nie, wcale nie uciekała. Zmieniła zdanie. Postanowiła wrócić. To kiedyś stąd uciekała. Zresztą dla kogo jest to ważne? Dla niej? Dla mamy? Dla ludzi? Jakie to ma znaczenie? Córka marnotrawna wróciła i co w tym dziwnego?
Mocno odczuwała zmianę drogi. Jakość w porównaniu do dróg w mieście, dramat. „Tutaj nic się nie zmieniło, w związku z tym czy jest sens wracać?” Całą drogę zastanawiała się czy dobrze robi. Jaki sens ma powrót jeśli wszyscy będą dalej na nią patrzeć, jak na winną, złą dziewczynkę. Znowu spięła się cała. Zawsze tak było. Zawsze czuła się winna, bez względu na wszystko. Oczy rodziców zawsze patrzyły na nią. Nawet, jak to młodsze rodzeństwo coś zrobiło, zawsze mama patrzyła na nią, jak ona mogła na to pozwolić…  Z nią się nie rozmawiało, tylko wydawało polecenia. Idź, zrób, podaj, dlaczego tak słabo, dlaczego tak mało, dlaczego tak długo.
Jednym ruchem ręki skręciła kierownicą i jakimś cudem uniknęła rowu. Zmieniła trasę i zamiast prosto do domu postanowiła pojechać nad wodę, nad stawy. Po piętnastu minutach była na miejscu. Zaparkowała auto pod lasem. Przed nią godzina drogi na piechotę. Spojrzała na zegarek i stwierdziła, że może nie zdążyć dojść i wrócić z powrotem. Mimo wszystko ruszyła przed siebie. Las był pusty. Nic dziwnego, kwiecień, środek tygodnia, do tego pora obiadu. Mama pewnie zaraz zacznie wydzwaniać, że się spóźnia na obiad. Postanowiła sobie mimo wszystko podarować choć godzinę na spacer po lesie. Kwietniowe słońce niemrawo przebijało się przez korony drzew. Nie było jeszcze liści, zaledwie małe pączki. Szurała nogami po liściach, przypominając sobie dni kiedy w liceum uciekała ze szkoły tu do lasu. Znała każdą ścieżkę, każdy kąt. Każdą górkę i drzewo. Las bez zwierząt i grzybów, las bez ptaków. Zdawało się jej nie raz, że jest martwy. Dopiero jak wchodziła głębiej, tam gdzie nie było tysiąca ścieżek i śladów, odbitych na ziemi, dopiero tam było słychać życie.  Dzisiaj nie miała tyle czasu, mama czeka na nią z obiadem, spóźnienie kilkugodzinne będzie skutkowało tylko pogorszeniem i tak trudnych relacji. Mama ją kocha. Tylko ta miłość jest smutna. Ona jest smutna, jak ta ich miłość. Zresztą co to za miłość. Kopnęła ze złości wystający korzeń drzewa. Palce, aż ja zapiekły. Do oczu naszły łzy. „Tato patrz, zobacz jak szybko biegam!”- jako mała dziewczyna wbiega na górkę, tato nie zwraca na nią uwagi. „Tato, zobacz, proszę!” – ale on spogląda do wózka, właśnie urodziła mu się druga córka. Ta mała dziewczynka nie wie, jak bardzo chciał mieć syna, ale czuje się odrzucona i niekochana. Tego dnia pojawia się w jej sercu żal, który rośnie każdego dnia. Wzmaga się przy każdym uśmiechu skierowanym do młodszego dziecka. Ona już się nie liczy, bo na rękach tatuś nosi małą Jolę, a nie ją. Mała Jola jest najważniejsza, bo kiedy się szarpie z siostrą i upada, wszyscy krzyczą nie na Jolę. Ona jest winna, bo jej nie złapała, a ma przecież 5 lat. Wybiega z płaczem i zamyka się w pokoju, a jej serduszko płacze. Czuję się taka samotna.
- Gdzie ty byłaś dziewczyno! Matko Boska, człowiek gotuje pół dnia, a Ty się spóźniasz dwie godziny! Gdzie byłaś dziecko?! Nigdy nie można na Ciebie liczyć! Nigdy! Nawet teraz jak już jesteś dorosła! – matka od wejścia lamentowała i obrzucała ją błotem. Nieodpowiedzialna, głupia, samolubna.
- Tak, mamo to ja. Twoja durna córka!
-  Co Ty tam gadasz, siadaj zupę Ci naleję, tato już jadł i pierwsze i drugie.
- Dziękuję nie chce zupy, na drugie zjem ziemniaki i warzywa. Mięsa nie jem, przecież wiesz.
- Jasne wielka Pani z miasta przyjechała i wybrzydza. Człowiek cały dzień przy garach, a ta tego nie je i tego nie ruszy, Babcia Helenka to się w grobie przewraca. Ty nie wiesz co to znaczy głód. Ty nie masz pojęcia…
- Mam pojęcie i dlatego nie jem mięsa.
- I jeszcze do matki pyskuje. Świat się kończy.  Z ojcem się przywitałaś? Ogląda telewizor. Źle się dzisiaj czuje.
- Nie chciałam mu przeszkadzać.
- Jedz dziecko, a potem idź się przywitać. Ojciec czeka na Ciebie cały dzień. Od kiedy Lusia wyjechała za granicę jest bardzo smutny.
- Wyjechała córeczka tatusia i co ja mam mu ją zastąpić? Czarna owca, mamo zawsze zostanie czarna. W sumie nie wiem po co przyjechałam, Wy się nie zmienicie, a ja już tu jestem obca.
- Córeczko co ty opowiadasz? Jak obca, przecież my Cię kochamy.
- Taką inną, co nie je mięsa? Taką nieodpowiedzialną, zuchwałą, głupią? Mamo kto Ci uwierzy? Ja już chyba nie. Od dnia kiedy urodziłaś Lusię, ja byłam tylko do opieki, zawsze podaj, przynieś, zawsze to ona wywoływała Wasz uśmiech, a potem mały Adi. Ja byłam ta, tamta, głupek, inna, teraz obca, pani z miasta. Pamiętasz jak mam na imię?
- Co Ty opowiadasz! Oczywiście, że pamiętam, jesteś moim dzieckiem. To co mówisz to nieprawda.
- Nieprawda? W takim razie jaka jest twoja prawda, mamo? Taka sama, jak twojego brata? Który powiedział, że go sprowokowałam i dlatego zrobił mi krzywdę? Mamo? To moja wina, że ten facet mnie zgwałcił ? Miałam piętnaście lat. Mamo, patrz na mnie?
- Po co przyjechałaś? Nie krzycz na matkę! Od zawsze musisz ją doprowadzać do płaczu. – w drzwiach kuchni stanął ojciec.
- Ja ją? Dobra wychodzę, nie ma tu dla mnie miejsca. Mamo, przepraszam. Ja cierpię, Ty płaczesz.  Tato, nie wiem, co zrobiłabym na twoim miejscu, ale współczuję Ci. Żyć ze świadomością, że Twoja córka obciągała Twojemu szwagrowi, tak myślę, że to słabe życie.
- Wyjdź stad! Doprowadzisz matkę do grobu, nic się nie zmieniłaś!
- Nic. Dalej chce prawdy i szukam rodziców. Nigdy ich nie miałam. Nie mam i nie będę już miała rodziny tutaj.
Kolejny raz. W sumie, wiedziała, że tak będzie, tylko może tym razem potrwa to dłużej. Myślała, że chociaż dwa dni wytrzyma. Lusi nie ma, myślała, że może teraz. Poczuła ból całego ciała. Tylko nie zamykaj oczu dziewczyno. Pisk zimowych opon na kwietniowej nawierzchni, lekko zmrożonej wieczornym chłodem, obudził ją ze snu na jawie. Jego sapanie i jęczenie kiedy dochodził w jej ustach. Nie, nigdy więcej. Zdjęła nogę z gazu i ustawiła nawigację na Mazury. Ucieknie stąd, jak zawsze od siedemnastu lat. Tylko ciocia i jej ciepło ratowały jej życie. Szczęka jej drżała i znowu była spięta. Znowu nie ma się, gdzie podziać. Podkręciła muzykę i mocny housowy bit przywrócił jej normalne bicie serca. Jednostajny rytm i melodia, która pojawia się jak zapowiedź nowego dnia. Serce prowadzi tam, gdzie czuła się ważna. Nieświadomie wystawiła język i szukała nim nosa, nadymała policzki. Zaraz przestanie boleć. Trzy godziny i dwadzieścia pięć minut. Tyle czasu dzieli ją od normalności.
Mijając kolejne domy, jadąc wąskimi i szeroki ulicami, powtarzała sobie ciągle „ Jestem tutaj, jestem tutaj, jestem tutaj”. Tak bardzo chciała zapomnieć odgłosów szurania, przestawiania krzesła, tego zapachu i smaku. Dotykała się z tył głowy i głaskała włosy. Nikt więcej, nigdy jej tak nie dotknął.
„Ciociu, ja nigdy nie chciałam, żeby on mi to robił. Ciociu dlaczego mama jest na mnie zła? Tęsknię za Lusią…” cudowne ramiona, szczupłej i delikatnej kobiety otwierały się przed nią za każdym razem, kiedy tego potrzebowała. „ Musisz im wybaczyć, tylko wtedy Twoje serce będzie mogło kochać.” Wiedziała, że każda psychoterapia mówi o wybaczeniu, oczyszczeniu, kolejnej szansie. Przecież nikt jej nie powie, że ma prawo nienawidzić ludzi, którzy ją oddali na dwa lata do ciotki, a potem na studia wyjechała tak daleko, jak tylko mogła. Odruchowo podkręciła muzykę, z głośników poleciał mocny bit. Wystukiwała go palcami, a w głowie zaczęły się jej przewijać studenckie imprezy.  Na szczęście znalazła dobrą pracę i mogła wynajmować swój pokój z dwoma innymi dziewczynami. Dzięki nim zobaczyła, że mogą być szczęśliwe związki i mężczyźni, którzy kochają. Obie miały cudownych chłopaków. Ona nie. Była śliczna i mądra. Nikogo do siebie nie dopuszczała. Nie dała się nigdy dotknąć. Marzyła o przyjaźni, rozmowach. Bała się intymności. Bała się miłości. Kochała i została wyrzucona. Nikt jej nie wierzył i do dziś nie chce. Połykała kolejne łzy, na każdym ostrym zakręcie szukała drzewa i tylko świadomość, że ciocia będzie nieszczęśliwa powstrzymała ją przed zakończeniem własnego życia. „Jestem tutaj, jestem tutaj” powtarzała trzaskając drzwiami pod domem ukochanej cioci.  Cisza. Słońce już dawno zaszło za horyzont, za polem było rozlewisko, a za nim jezioro. Od domku cioci nie można było dojść do wody. Za to do niej trafiały wszystkie żaby i komary, a czasem zbłąkani ludzie. Tak jak ona, wtedy. Do dziś pamięta swoją białą sukienkę na której maszyna wyhaftowała mały wiatrak, kołnierzyk miała obszyty lamówką w biało czarną kratę. Włosy od komunii ścięte na pazia. Właśnie miała iść do pierwszej klasy liceum. Zdała egzaminy, ale wujek zaczął się do niej dobierać tuż po urodzinach matki. Ona jak zawsze uległa, bo się go bała nie pisnęła nawet słowa. Matka weszła do pokoju w momencie kiedy już ją pieprzył. Obleśny typ wszystko zrzucił na nią i uciekł. Mała dziewczynka, którą przecież była zamieniła się w kurwę i darmozjada.  Dopiero tutaj we Włodawie przestała płakać. Dopiero jak ją ciocia Adela przytuliła, zaczęła mówić.
- Nineneczka!! Nasza mała Nineczka!! Ignacy, nasza córeczka przyjechała!- ciotka wybiegła z domu i podnosząc długą do kolan sukienkę zbiegła ze schodów, żeby ją wyściskać. O to nie była staruszka, tylko żwawa i wesoła starsza Pani, z uśmiechem od ucha do ucha i dobrem w oczach. Pociągnęła ją do sieni i nakazała siadać do stołu w kuchni. Każdy jej przyjazd do Włodawy był taki. Każde powitanie. Ciepłe i serdeczne. Rodzinne. Późno w nocy, kiedy już zjadła wszystko co dała jej ciocia oraz odpowiedziała na każde z zadanych pytań, przytulała głowę do poduszki w pokoju na poddaszu. Pościel szeleściła, bo ciocia jako jedyna na świecie jeszcze krochmaliła pościel. Żaby dawały koncert nad rozlewiskiem za domem. Witaj w domu, przeszło jej przez myśl kiedy już zasypiała.
Odpoczywała. Przez kolejne dni wychodziła rano nad jeziora, siadała pod drzewami i gapiła się w tafle wody. Codziennie zjadała pyszne śniadanie, swojski chleb, konfitury, jajecznica. Tu wszystko pachniało i smakowało. Wszyscy zajęci swoimi sprawami nie zdawali jej więcej pytań. Nie wołali do pomocy, choć ta bardzo by się przydała. Doskonale wiedziała, że powinna pomagać pielić grządki z warzywami. Wujek codziennie zawoził całe skrzynki do pobliskich restauracji, bardzo dbał o zioła i owoce. To nie była tylko jego praca, ale też pasja. Kochał to co robił i to nadawało jego życiu sens. To sprawiało, że się uśmiechał do pomidora czy cukinii. Ciocia była jego totalnym wypełnieniem, to ona kierowała wszystkim innym. Pilnowała zamówień, płatności i rachunków. W lecie wynajmowała dom dla letników. Gotowała i piekła najlepsze ciasta nad Białym Jeziorem. Ich syn Jurek, wyjechał do Białegostoku i tam się ożenił. Przyjeżdżał rzadko, bo żona zachorowała na nerki i od dwóch lat prawie nie wychodziła z domu. Dagmara, jej rówieśnica, siedzi już pięć lat w Holandii i raczej nie wróci do rodziców.
Jezioro zawsze przynosiło ulgę. Tafla wody przysłaniała cały muł i brud dna jeziora. Wydawałoby się, że wszystko jest piękne i czyste. Kiedy ktoś ją poznawał miał ten sam odbiór. Miła i bardzo fajna. Można z nią konie kraść, dopóki nie zaczniesz się do niej dobierać. Faceci opowiadali sobie historie na studiach, jak Nina reaguje na dotyk ręki czy objęcie ramieniem. Każdy patrzył na nią jak piękne dziwadło. Leżenie pod drzewami i wtapianie się w trawę, patrzenie w niebo i wodę. Wdech i wydech od rana do wieczora. Uspokoiła się po kilku dniach na tyle, żeby podjąć decyzję. Właściwie to nawet dwie. „Nie wracam do Warszawy i nie chcę mieć już nic wspólnego z matką i ojcem. Nic.” Kiedy tylko wypowiedziała to na głos poczuła, że może oddychać. Poczuła, że ma nogi i ręce.  Poczuła, że serce jej bije i jest spokojna.
- Dziecko i co dalej? Tułasz się po swoim życiu już tyle lat. Cierpisz, miotasz, a po prostu musisz wybaczyć.
- Komu Ciociu mam wybaczyć?
- Szczerze? Myślę, że kochana wszystkim. Nawet sobie. Chociażby to, że  przez tyle lat nie zrobiłaś z tym porządku. Nie chciałaś iść na terapię, a oni wszczepili Ci poczucie winy. Wybaczyć sobie, że się pozwalało na własną krzywdę, wybaczyć sobie, że się poddało. Masz co i komu wybaczać, ale najpierw zacznij od siebie. Pozbądź się gniewu i złości.  Dziecko, zacznij żyć.
- Przecież się staram, pojęcia nie masz…
- Nie mam i nawet nie staram się udawać, że jest inaczej. Tylko, że to Tobie życie ucieka. Ja już swoje przeżyłam, stara jestem, dzieci wychowałam, są szczęśliwe. Mąż mnie nigdy nie skrzywdził, ludziom pomagałam, uczciwie pracowałam. Tak, ale nie to jest ważne.
- Nie rozumiem. Co masz na myśli? Wszyscy mówią o pracy i rodzinie, a Ty nie?
- Oczywiście, to jest ważne. Jednak, teraz z perspektywy matki i żony, teraz dopiero mam prawo powiedzieć, że w tym wszystkim najważniejsze jest poczucie szczęścia. Poczucie, że się pasuje do danego miejsca, że się jest częścią społeczności, że możesz na kogoś liczyć, że ktoś liczy na Ciebie. To ważne.  To i wiele innych rzeczy i ludzi daje szczęście. Nikt nie powinien być sam ze sobą na całe życie. Zwłaszcza Ty.
- Ciociu, ale ja się tak bardzo boję. – położyła głowę na kolanach najlepszej kobiety, jaką w życiu poznała. Tego pierwszego dnia kilkanaście lat temu też tak tuliła się do cioteczki.
- Wiem dziecko, wiem. Zacznij już teraz. Zobacz jak ważna jesteś tu i jak bardzo tu pasujesz. Obejrzyj się. Nie czujesz się tu szczęśliwa? Nie czujesz się tu ważna?
- Tu tak.
- To tu zostań. Potrzebuję Cię.
- Ja ciebie też.
Wtulone siedziały na schodach, komary i bąki miały używanie. Zrobiła jeden krok w tył i jeden do przodu, by zrozumieć gdzie ma iść.
Do późna składała myśli. W ciemnej nocy układała je według kolorów i struktur. „Szafa myśli i uczuć” Do dziś miała tam niezły burdel. Jedna półka wyglądała w  końcu, jak nowe życie. Dla niej  była piękna. Zostawiła tam wszystkie zachody i wschody słońca. Szum drzew. Wycieczki rowerowe. Rurki z kremem i koncerty muzyczne. Dobrą kawę i lody orzechowe. Śmiech dzieci i śpiew przyjaciółki. Zwykłe życie. Takie, którego nie doceniała, bo nie umiała.
Następnego dnia tuż po śniadaniu wsiadła do auta i nikomu nie mówiąc ruszyła do pobliskiego miasteczka na zakupy.  Mały Rynek na wzór zachodnich miasteczek pokrywały stoliki z parasolami, a na turystę wszędzie czekała dobra kawa, szarlotka z lodami, a na obiad „Pyszna Rybka”. Od dawna nie siedziała w knajpce na kawie. Zawsze budziło to w niej niechęć. Myślała sobie, że od razu widać, jak bardzo kobieta jest samotna i pewnie nieszczęśliwa. Jak ona.
Jednak tym razem z lekkością zajęła mały jednoosobowy stolik. Tuż przy stojaku na kwiaty, z którego wypływały pelargonie. Mama zawsze miała całe balkony w tych kwiatach. Na zimę znosiła skrzynki do piwnicy, a wiosną przesadzała i robiła z nich szczepki. Kwiaty były niemal purpurowe. Wiosna pachniała suchymi łodygami pelargonii. Kelner w bordowej kamizelce, wyrwał ją ze wspomnień. Nonszalancko położył na stoliku małą kartę. Zapatrzył się w jej oczy , a potem wykonał i tu dałaby sobie rękę uciąć, że widziała jak, zrobił piruet. Parsknęła śmiechem i natychmiast zakryła twarz, bo przecież młody chłopak starał się właśnie ją rozśmieszyć. Zamówiła kawę z mlekiem, którą ten sam „Piękniś”, jak go od razu nazwała w myślach przyniósł niemal w podskokach.  Uśmiechała się. Sama do siebie, pod nosem jak mówiła ciocia. „ Nineczka co Ty tam tak mruczysz pod nosem?” Przez moment poczuła się małą Niną, tą dziewczyną z przed „dotykiem wujka”. Sięgnęła nerwowo do torebki. Wyjęła telefon. Jeszcze nie rozliczyła się z w pracy. Mimo urlopu szef pisał do niej wiadomości i nadal nalegał na kawę, kino, teatr. „Gdzie jesteś?” , „ Myślałem, że mnie lubisz?”, „Czy coś się stało?”, „Tęsknię”. Nie chciała tego, ale bardzo go polubiła. Robiła mu kawę, tak jak lubi z kapką mleka i odrobiną cukru. Kokosowy zamawiała prze Internet, tak samo jak jego ulubione Cantuucini z migdałami. Dbała o jego koszule i garnitury, gładziła je zawsze po odbiorze z pralni. Nie miał żony i mieszkał sam. Imponował jej, był światowy i zawsze uśmiechnięty. Zawsze też przywoził jej prezenty. Najczęściej słodycze, ale raz z Francji przywiózł jej perfumy idealne. Używała ich tylko wieczorem. Po kąpieli. Otulała się nimi, jak ramionami mężczyzny. Tak pachnie miłość. Ostatnio jednak, chciał się z nią spotkać. Po tylu latach. Nie była gotowa, dalej bała się mężczyzn. Do kart wsadziła dwadzieścia złotych za kawę i wodę. Ruszyła na spacer po Ryneczku. Zauroczyły ją wystawy. Ktoś tu myślał. Były piękne i opowiadały historie. Kwiaciarnia była włoskim balkonem z girlandami fioletowych kwiatów. Na balkonie mała ławeczka i masa lampionów. Białe girlandy wieczorem pewnie zapalano. Na małym stoliku filiżanka kawy i ciasteczka. Cantuccini. Obok leżała książka. Pewnie jakiś romans. Pod stolikiem piękna ozdobna konewka, błękitna jak ławeczka. Tuż obok czerwone, seksowne szpilki. I szalik. Wszystko ułożone, jakby ktoś właśnie stąd wybiegł. Zostawił w pędzie i zapomniał zabrać. Następne okno było oknem rzeźnika, ale tam wstawiono wielkie drzewo i drewniany stół, na którym błyszczał w słońcu biały obrus. Z wielkiej misy wystawały kiełbasy i szynki, tak bardzo przypominające prawdziwe, że aż przytknęła nos do szyby. Czuła się, jak Alicja w Krainie Czarów. Na stole karafka i puchary do wina. Na ławce stare książki i gruby, męski sweter. Zestawienie dwóch światów.  Kolejne okna zapraszały do biblioteki naukowca oraz gospodyni domowej, która właśnie szykowała się do mycia okien.
Wydawałoby się takie normalne życie. Spacerowała i uśmiechała się pod nosem. Była jak prawdziwa turystka. Kiedy mieszkała u Ciotki, rzadko kiedy odwiedzali miasteczko. Dziś nie poznawała tego miejsca. Rynek po generalnym remoncie, mocno nastawiony na turystów, za każdym niemal rokiem wołał „ No chodź, mam dla Ciebie coś dobrego”. Na rogu Rynku, w różowej kamienicy, pod pięknymi łukami, był sklep, w którym królował manekin. Piękna brunetka, niczym ikona mody i stylu. Wzór kobiecości. Z łagodnym i wystraszonym spojrzeniem, górowała nad ulicą. Jedna ręka artystycznie wygięta do tyłu, skrzywione biodro, nóżka wyciągnięta do przodu. Druga w swym geście, przyjacielsko zaprasza. „No, chodź. Idziemy na śniadanie?” Dlatego, że dziś czuła się wyjątkowo dobrze, dlatego że przyszłość dokładnie przykrywała przeszłość, dlatego odważyła się wejść. „U Oli”, szyld z czarnym napisem na białym tle, piękny, kobiecy manekin, zachęcał. Niczego nie obiecywał.
- Ach to Pani! Proszę, proszę wejść! – malutka, wręcz chuda Kobieta siedziała na białej kanapie. Miała kasztanowe włosy i piękne wielkie oczy.  Uśmiechała się. – Wiedziałam, że dobrze robię nie reagując. Wiedziałam, że do mnie trafisz. I dobrze, dobrze. No, chodź.
Co u licha? O czym tak kobieta do mnie mówi? Nina stała jak wryta. Pokój, salon, białe meble z setką szufladek, kryształowe żyrandole. Białe kanapy i fotele. Białe zasłony. Wielkie lustra. Brakowało tylko herbaty. Jak u Królika i Kapelusznika.
- Skąd Pani wiedziała, że tu przyjdę? I na co Pani nie reagowała? Trochę dziwne to Pani powitanie.
- No tak, ty nie jesteś stąd! Teraz to i ja rozumiem. Przepraszam. Wszyscy tu jesteśmy tacy bezpośredni. Jestem Ola.
- Ann…
- Dziś rano moja droga, zajęłaś mój stolik kawowy. Wściekłam się bardzo, bo tylko ja przy nim siadam, a jednak ten Piękniś kelner Cię nie wywalił z niego. Wszyscy tu wiedzą, że mają tam nie siadać. Swoją drogą nie pomyślałaś, że to może być czyjś stolik? Tak sobie siadać i nie myśleć o innych. Może też dlatego jestem taka poirytowana. Sama rozumiesz, rytuały. Ja dzisiaj piłam kawę przy stoliku Barbera, a ten się oczywiście dosiadł i tu powstało zamieszanie energii. Ach, nie ważne- poprawiła sobie włosy i machnęła ręką, z grymasem lekkiego niezadowolenia wskazała jej kanapę- siadaj, w czym mogę Ci pomóc. Czekaj niech zgadnę! – otuliła ją wzrokiem i ogarnęła ręką- O Boże, Ty nawet nie wiesz gdzie jesteś! Co Cię tu młoda kobieto przygnało? To niedorzeczne, doprawdy nie wiedzieć, gdzie się wchodzi i po co.
- Przepraszam. Ja. Ten manekin. Przepraszam za kawę. Nie miałam pojęcia… - dziewczyna pierwszy raz w życiu została zalana słowami przez obcą osobę. Czar dzisiejszego poranka prysł, bo Pani Ola nie była miła jak Królik, ona była zdegustowana jak Królowa Kier.
- Co? Ty mnie przepraszasz? O matko, ale się porobiło… Chyba trochę przesadzam. Dobrze, zacznijmy od początku i tą kawą się nie przejmuj. - znowu odgarnęła grzywkę z czoła, zrobiła obrót i zniknęła za białą kotarą. Nina w końcu usiadła. Była zauroczona przestrzenią i tą małą, drobną, ale jakże silną i emocjonalną kobietą. Bardzo chciała się z nią zaprzyjaźnić.
- Dobrze, zaczynamy od początku- zza kotary wyszła Ola, w ręku trzymała tacę, a na niej imbryk i filiżanki. – To herbata rumiankowa, najlepsza na smutki. Ja widzę, że my tu mamy dużo smutku. Jestem Ola. Kocham biusty, kobiety i życie. Teraz Twoja kolej.
- Jestem Nina.
- I?.. . co dalej? Co robisz?
- Nic. Ja. Byłam asystentką, ale teraz nie mam pracy. Jestem u cioci na wakacjach.
- Uciekłaś? Przed kim? Dobra, nie chcesz mówić nie mów, napij się herbaty. Pokażę Ci moje najnowsze cudo!! Ty nosisz biustonosze? – Ola niczego się nie bała, jak i niczego nie wstydziła. Złapała ją za ramiona, oglądała ją cmokając i mierząc centymetrem. – Musisz przymierzyć Barona. I nie bądź Kochana taka onieśmielona. Cycki to cycki, ale Cycki w moim biustonoszu to cuda!!
Och, gdyby wiedziała, że dziewczyna, którą właśnie oglądała, bała się na siebie popatrzeć, bała się dotknąć i nigdy nie lubiła swojego ciała. Znowu zniknęła za kotarką. Nina, mieszała herbatę, a potem próbowała sobie nie sparzyć ust. Próbowała też nie uciec, choć miała na to ochotę i co najmniej dwa razy zmusiła się do tego, żeby usiąść.
- Po pierwsze musisz zrobić porządek. Co to znaczy, że ty przy prawie trzydziestu stopniach jesteś w golfie?! Nie masz innych ubrań? Musimy zatem kupić jakąś piękną letnią sukienkę, a potem… Jezuuu Nina, ja Cię wszystkiego nauczę i pokażę!! Jesteś taka piękna!- znowu wyskoczyła zza kotarki i tym razem porwała dziewczynę do przymierzalni. Naręcze biustów rzuciła na małą komodę, zapaliła lampki w przymierzalni i wybrała jeden. - Nie wiem po co brałam inne. Jestem pewna, że ten jest stworzony z myślą o Tobie. Zobaczysz jak zaczniesz oddychać. Oddech to najważniejsze co w życiu mamy. Musimy o niego dbać, bo to dar. Oddech sprawia, że przeżywamy swoje życie. Oddech daje nam poczucie siły, bezpieczeństwa. Oddech odżywia nasze ciało, oddech daje nam prezent w postaci pięknego życia. Nie na darmo ktoś powiedział, że trzeba oddychać pełną piersią. – buzia jej się nie zamykała, a ona jakby lalka zdejmowała, zakładała, wyciągała ręce do przodu, do tyłu, nachylała się i pochylała, kucała, wszystko po to by poczuć oddech. Jej nowa mentorka naciągała, mierzyła i podnosiła. Cmokała przy tym, odchodziła do tyłu i na boki, żeby zobaczyć czy jej dzieło dobrze leży. – Oddech, wciągaj nosem i wypuszczaj buzią. Skup się na tym co się dzieje i pomyśl, gdzie to powietrze ma dojść. Oczy, uszy, serce, brzuch, co potrzebuje powietrza?
- Dusza.
- Ach dusza? Tylko dusza? Hm … aż dusza. Biedna Ty moja dziewczyno, ja widzę, że Ty z piekła do mnie przyjechałaś. Dobrze, skończyłam. Zobacz. Doskonale! Wiedziałam, że Baron zrobi z Ciebie boginię. Teraz ja wyjdę, a Ty się z nim zaprzyjaźnij. – Jedną ręką zebrała wszystkie inne podcycki, jak mawiała ciocia Adela, a drugą zasunęła kotarkę. Cisza zaległa, a Nina zobaczyła swoje nowe odbicie.  Łzy jedna po drugiej kapały na beżowy, czysty dywanik. Bose stopy i nagi brzuch przyjmowały kolejne krople. Młoda Kobieta, stała tak i patrzyła. Widziała to czego nigdy w sobie widzieć nie chciała. Dotykała się i gładziła, z żalem, że nikt nigdy nie dał jej szansy. Sama sobie tą szansę odebrała. Objęła się sama swymi chudymi ramiona. Cichy jęk, lament i żal wyszedł prosto z jej serca. Dusza dała znać, że jest, że czuje i czułości potrzebuje. Jak pies, jak kot, tak i ona potrzebuje miłości. Dotyku. Oddech. Jeden, drugi i trzeci. Wdech i wydech. Spokój i poczucie bezpieczeństwa.
- I jak tam? Czy Pani jest zadowolona? Brafitterka prawdę Ci powie! – stała jak na nauczycielkę przystało, pewna swego i zadowolona z efektów. – Pamiętaj wdech i wydech! Potem głowa wysoko i do przodu! Kochaj się! Zasługujesz na to! Zresztą nie tylko Ty, każda na to zasługuje! Tylko nikt nam tego nie powiedział, nikt nam nie dał na to pozwolenia, dlatego same musimy o to walczyć i musimy się kochać. Ot, tak po prostu!
- Skąd Ty to wszystko wiesz? – młoda kobieta stała na w przebieralni, jakby znów była nastolatką.
- Ja też dziecko, wyszłam z piekła. Każda z nas ma swoje piekło i swoje przeżycia. Każda z nas ma swoją drogę krzyżową.
- Każda. Tak, chyba nigdy o tym tak nie myślałam. To jest jak kula u nogi. Ciągnę ją od dzieciństwa i nie umiem normalnie żyć. Nie umiem, bo nie dałam sobie szansy. Nie przerobiłam  tego nigdzie i z nikim. To jak tajemnica, która zabija.
- To zrób z tego plotkę. Ktoś Cię skrzywdził i nie poniósł konsekwencji? Uciekłaś? Pewnie dlatego tak cierpisz do dziś. Oj dziewczyno, za dużo się naoglądałam takich sytuacji. Ja nie wiem, dlaczego kobiety dają się tak krzywdzić i jeszcze bronią swoich oprawców. Milczą, bo wypada, milczą, bo się boją. Milczą, policja ich nie zrozumie, bo prawo nie jest idealne. Milczą , bo co ludzie powiedzą. Milczą i nie myślą co to robi ich duszy i ciału. Mój mąż mnie bił, w sumie zaczął tuż po ślubie i nie chciał przestać. Też tkwiłam w tym piekle, aż zrozumiałam, że dłużej nie dam rady. Wybiegłam z dzieckiem jak stałam. Płakałam i prosiłam sąsiadów o pomoc. Nikt. Nikt nie otworzył mi drzwi. Wszyscy udawali, że nie słyszą. Tak się wściekłam, że wykrzyczałam im wszystkim co o nich myślę i poszłam na policję. To było piętnaście lat temu. Zjechałam pół Polski, aż postanowiłam zamieszkać tutaj. Tu życie jest prostsze. Nie lepsze, ale prostsze. Bóg dał nam język, a my zapominamy po co go mamy.
Nina zaczęła ściągać piękny bordowo-czarny biustonosz. Sięgnęła po swój, rozciągnięty i wytarty, zbyt luźny. Najtańszy w sieciówce, a do dziś pamięta jak się z niego cieszyła. Kiedyś kupowała tylko na bazarku u chińczyka. Ten był beżowy, ale kupiony w sklepie.
- Matko co Ty wyprawiasz! Nie, dziewczyno, nie zdejmuj go. Baron jest Twój. Niech będzie na nową drogę życia.
- Nie stać mnie w tej chwili na takie luksusy. Nie mam pracy.
- To nie luksus dziewczyno. To biustonosz! To Twoja szansa na nową jakość życia, na oddech. Przewidziałam, że nie będzie Cię na niego stać i pomyślałam że możesz go spokojnie u mnie odpracować. Są wakacje i ogrom turystek po obiedzie, interes się kręci, a ja nie mam zastępstwa. Na wakacje dam Ci pracę. Chcesz? Masz czas? Ja wierzę w energię i przeznaczenie. Nie bez powodu usiadłaś przy moim stoliku. Nie ma dziwnych zbiegów okoliczności. Tak po prostu miało być, miałaś tu trafić do swojego Barona. Musimy jeszcze kupić Ci ładne sukienki, bo tak obsługiwać dam nie możesz. To co zgadzasz się?
Pół naga młoda kobieta, która jeszcze dzień temu była w rozpaczy i bała się własnego cienia, właśnie dostała pracę. Nie miała pojęcia o biustach, całe życie udawała, że nie ma własnego. Dziś. Jest po prostu dziś, a jest tu bo wczoraj pozwoliła sobie czuć i myśleć.
- Olu, to dla mnie zaszczyt. Nawet w najpiękniejszych marzeniach nie myślałam, że mogłabym tu być, a co dopiero pracować i boku takiej osoby jak Ty. Dziękuję.
- Pamiętaj tylko kilka kroków dzieli nas od szczęścia. Ty swój jeden już zrobiłaś. Jedną nogą jesteś w swoim Pięknym Życiu. Drugi to sukienka i buty! Choć kiedy tak na Ciebie patrzę to myślę, że jeszcze i fryzjer i terapeuta. – Ola też była zadowolona. Kolejna kobieta uwolniona. Jej misja na dziś spełniona. Okiem rzuciła w lustro i zobaczyła kolejny raz piękną i seksowną kobietę. Dopiła herbatę rumiankową z myślą to będzie dobry dzień, kolejny dobry dzień.  Będzie z niej Prawdziwa Kobieta.

- Proszę usiąść. Nie tak. Proszę usiąść wygodnie. Proszę się mnie nie bać, ja nie gryzę. No chyba, że ktoś mnie wkurzy.
Mały pokoik urządzony minimalistycznie. Białe ściany i ciemnobrązowe dodatki. Nowoczesne lampy i meble. Wszystko w klimacie bogatego psychiatryka. Spociły jej się ręce i stopy, przyszła tuz polecenia Oli. Nie było jej stać na takie ekstrawagancje, czuła się kiepsko z tym, że mieszka u cioci i chociaż pracuje nie dokłada się do życia. Jednak Olka postawiła jej warunek terapia i praca. Jedno bez drugiego nie zaistnieje. Szefowa ubrała ją od stóp do głów, pokazała co było do pokazania i wyjechała na urlop. Po tygodniu nauki, Nina została specjalistką od biustów. Czuła się w tym tak dobrze, jakby robiła to od urodzenia. Codziennie rano przed otwarciem siadała na kawę u Huberta, przy jednoosobowym stoliku Oli. Czuła się jakoby dostała nowe życie.
- Jak będzie Pani gotowa proszę zacząć. Mamy godzinę. Dla mnie tylko, dla Pani aż…
- Właściwie…to nie wiem co mam powiedzieć, od czego zacząć. Jestem ofiarą.
- Jesteś czy byłaś?
- Jestem, byłam…sama nie wiem, tkwię w tym przez lata i wspominam, rozkładam…
- Po co? Co Ci to daje?
- Nie rozumiem? Co ma mi dać? Przecież ja wcale tego nie chce. Nie chce do tego wracać, samo ciągle do mnie wraca.
- Próbowałaś to kiedykolwiek zatrzymać?
Kolejne minuty faktycznie okazały się dla Niny wiecznością. Pytania były trudne, bezpośrednie i bolesne. Terapia była dla niej zleconym zadaniem szefowej. Sama w życiu by nie poszła. Nie była przecież wariatką, a ofiarą złego człowieka. Kto może jej pomóc? Przecież wiadomo, że ktoś kto nie przeżył takiej traumy nic o tym nie wie…takie myśli miała w głowie, gdy wchodziła do gabinetu. „Odbębnię parę wizyt i już. Co mi da gadanie?” Jednak kiedy na następnych spotkaniach przypomniała sobie cudowne chwile, śmiech i zabawę z dziećmi, zaczęła chętnie odwiedzać gabinet. Terapia dotykała jej ciała nie tylko umysłu. Po jakimś czasie, zły dotyk przestał parzyć. Terapeutka głaskała ją po głowie, a ona w tym miejscu poczuła się bezpiecznie. Przyszła jesień Ola wróciła, wpadła w rytm. Uwielbiała swoją pracę, choć klientek było coraz mniej i nawet Ola rzadziej przychodziła do butiku. Pracowała nad sklepem online i dodatkowo szukała lokalu w innym mieście. Nina czuła się jak u siebie i bardzo nie lubiła dni, kiedy padał deszcz, a ona nie mogła napić się kawy przy malutkim stoliku. Po dwóch miesiącach wszyscy na Rynku już ją znali i akceptowali nową podopieczną Pani Oli. To dawało jej pewność siebie, dlatego rozkochiwała w sobie turystki, nakręcała na podwójne zakupy i podnosiła ich wiarę w siebie. Dla niej to była niesamowita sprawa, bo bardziej wierzyła w dziewczyny niż w siebie. Codzienne powroty do domu i serdeczny uścisk wujostwa dodawał jej sił do życia. Jesienne zbiory zapełniały wolne chwile, wszystko toczyło się jak w bajce. 
Nina wyglądała lepiej, coraz częściej rozpuszczała swoje kasztanowe loki, a jej uśmiech widniał niemal jak złoty zachód słońca. Jej perlisty śmiech był niczym dzwonki buddyjskie i ciocia reagowała na niego zawsze ze łzami w oczach. Wujek głaskał ją po głowie, ale tylko ona wiedziała, że nikt nigdy tego nie mógł robić. Teraz niczym kot podkładała głowę dla wuja, bo odkryła, że to nie boli. W sercu robiła porządek tak samo jak w głowie. Miała teraz nową przestrzeń do wypełnienia. Powoli przestała wracać do przeszłości. Nie miała już w głowie kadrów zdarzeń jak z filmu, nie była spięta ani nie miała poczucia winy. Pewnego dnia na małych karteczkach napisał imiona swych oprawców, zwinęła w rulon i wrzuciła do szklanej butelki. Przy dźwiękach ulubionej muzyki, z wiatrem we włosach, w nowej dzianinowej sukience i uśmiechu wyrzuciła butelkę do kanału w Augustowie. „Ludzie się nie zmieniają, nie poczuwają się do Twojej krzywdy i nigdy tego nie pojmą. Nie pozwól, aby ich przekonania niszczyły Twoje życie.”
Przeszłość odpłynęła wraz z innymi śmieciami, a Nina właśnie zaczynała nowe życie.
Tuż przed Bożym Narodzeniem Ola stanęła w sklepie z walizką w ręku.
-  I jak? Jak Ci się tu żyje?
- Ja jeszcze latam nad ziemią, jeszcze nie wiem co czuję i co myślę, ale tak jest dobrze.
- Wyjeżdżam, zostawiam Ci butik i sklep internetowy. Dasz sobie radę, nawet nie pytam, ja to wiem. Muszę wyjechać do mojego Antka. Będę zbierać kontakty i projektować nowe biustonosze. Za długo odpoczywałam. No nie płacz! Będę przyjeżdżać, tuż po Sylwestrze przyjadę na wizytacje, zresztą widzimy się co poniedziałek na wizji.
Ola wszystko już zaplanowała, jak tylko pojawiła się Nina, kobieta wiedziała, że to czas na nowe. Nie bez powodu młoda usiadła wtedy przy jej stoliku. Teraz ta piękność nie może przestać się śmiać i doskonale dba o biusty jej klientek. Zostawia sklep w dobrych rękach i jedzie po nowe.
- Mam dla Ciebie jeszcze jedno zadanie.
- Dla mnie? Co takiego? – trochę się zdziwiła, bo kilka dni temu dostała do ręki umowę, na której były wypisane wszystkiej jej obowiązki i dzięki temu czuła się bezpiecznie.
- Zacznij żyć. Pozwól się pokochać, tak jak pozwoliłaś mi się Tobą zaopiekować. Tak jak pozwoliłaś swojemu ciału uwolnić się od traumy. Pozwól się pieścić i dać Ci miłość. To jeden z cudów, każdy go może mieć, nie każdy chce go dostać, a jeszcze mniej osób potrafi o niego zadbać.
- Ja nie umiem, nie potrafię kochać. 
- Może wystarczy chcieć i się na to otworzyć? Musisz to przemielić z terapeutką. Musisz to oswoić ze sobą. Zobacz jakie piękne masz teraz życie.
- Pierwszy raz czuję się wolna. Nie wiem czy chcę dzielić tą wolność z kimś jeszcze.
- A szczęście? Szczęście chcesz z kimś dzielić?
- Szczęścia jeszcze nie znam, obce jest mi to uczucie. Pewnie gdybym je miała w sobie, chciałabym z kimś dzielić.
- Kochaj siebie dziecinko, a pokochasz cały świat.
Z tymi słowami pożegnała się jej mentorka i zamknęła za sobą drzwi. Dziewczyna stała obok pięknego manekina i machała jej na pożegnanie. Patrząc przed siebie witała się z nowym życiem. Tej, która tu przyjechała kilka miesięcy temu już nie ma. Jest Nina, brafitterka, kobieta silna i młoda. Kobieta, która pomaga innym i daje im poczucie wyjątkowości. Zaparzyła w imbryku białą herbatę i zaczęła szykować zamówienia do realizacji. Cekinowe bikini, które klientka zamówiła na jej ciele pewnie czułoby się zmieszane. Pełna kompleksów kobieta nie potrafi nosić takich cudów. Była niesamowita dla klientek, jej Baron dodawał jej pewności siebie. Stała prosta i dumna, zrelaksowana wręcz. Czy i ona mogłaby założyć cekinowe bikini? Dla kogo i z kim, miałaby używać słonecznych kąpieli? Pełna obaw i wątpliwości zawinęła cekinowe majteczki w papier i zawinęła kokardką. Obrzuciła płatkami kwiatów i westchnęła zamykając pudełeczko. Poczuć czyjąś miłość. Być kochaną i wysłuchaną. Chodzić razem po lesie i zbierać grzyby jesienią, mieć wspólny ogródek i cieszyć się każdym małym pomidorkiem. Czesać włosy z myślą o nim i dla niego golić nogi. Kochać.

Jestem Nina. Nowa. 




Komentarze