Letnie, magiczne opowiadanie Barbara Grzymkowska-Blok

         Wieczory już zimne, poranki wietrzne, noce przychodzą zbyt szybko. Wakacje się kończą i czas przygotować się do września. Dobiegł także końca mój projekt, do którego zaprosiłam Małgorzatę Siemianowską, Monikę Wojdyło, Magdalenę Ojrzyńską, Monikę Kudryk i Katarzynę Perkę. Wszystkie dziewczyny, moje koleżanki po piórze, a także przyjaciółki napisały wspaniałe teksty. O marzeniach, cierpieniu, wolności, miłości, radości z życia, przebudzeniu. Dziś mój tekst, jako ostatni, ale ja wiem, że będzie miał dalszy ciąg. Już we wrześniu :)

Bardzo Cię proszę, zostaw komentarz, dobre słowo, co byś zmieniła, co byś dodała. Dla mnie jest to bardzo ważne!:)

Kochana Żyj Pięknie i czekaj na jesień! Dopuść do siebie nadchodzącą zmianę! Ściskam Cię mocno!

Basia

Ścieżka

Jeden, dwa, trzy… Kolejne kroki i krawężnik… Cztery, pięć, sześć… Auto. Torebka jak zwykle była jaskinią dla jej dłoni i poszukiwania kluczy podnosiły jej mocno ciśnienie. Zawsze w duchu zadawała sobie pytanie, czy są na świecie kobiety, które mają pusto w torebce.
Otwarcie drzwi. Pognieciona spódnica. Poprawione lusterko, wycieraczki.
Cofanie. Aleja Piastów jak zawsze zakorkowana, bez grama zieleni, dziesiątki ludzi zmierzających na tramwaj, trzy razy więcej jednoosobowych aut. Jak można było to nazwać aleją?
Dwadzieścia minut w korku i znowu parkowanie, najlepiej tyłem. Lusterka, klucze do torby.
Raz, dwa trzy, do ośmiu. Biuro. Kawa. Ludzie, trasy, faktury, spotkania.
Szesnasta, kolejne kroki. Klucze w jaskini, wyjazd, trzydzieści minut w korku, chleb, warzywa lub mięso. Biblioteka raz na dwa tygodnie. Czasem spotkanie z koleżanką.
Czwarte piętro.
Dwa lata w mieszkaniu, którego nie znosi i w którym nie umie żyć.
Pustka. Pustka, która miała być domem wypełnionym śmiechem i radością, świętami i kwiatami, zabawkami i książkami.
Pustka z materacem, stojakiem na ubrania, ekspresem do kawy i światłem zachodzącego słońca.
Kiedy odszedł mężczyzna, z którym miała dobrze bawić się do końca życia, zostały trzy pokoje bez niczego. Został też kredyt, który pozbawił ją złudzeń i magii życia. Został telefon.
Zostały setki zdjęć w jego ramionach. Wspólnych śniadań, imprez i wyjazdów. Wiadomości od miłości do obojętności. Bukiet emocji i pustka. I cisza w telefonie, w czterech ścianach, które miały stać się domem.
Lidka. Słowiańska uroda, długie włosy. Powtarzająca do lustra: „Kocham cię. Jesteś mądra. Dasz radę”.
Lidka zapłakana, wycofana. Porzucona.
Lidka w sukience w kwiaty ogarniająca biuro, uwielbiana przez szefa i kolegów z pracy.
Lidka jedząca jajka i pomidory.
Lidka z maską na twarzy i pustką w sercu.
Lidka w każdą pełnię zapalająca świecę i modląca się o radość z życia.
„Pękło mi serduszko. Po trzech latach okazało się, że nie kocha, a mówił, że kocha…” – kolejny wpis do zeszytu, w którym zapisywała cytaty, afirmacje i wklejała zdjęcia. W którym na suchym piasku budowała marzenia. Tu nic nie wyrośnie.
– Lidka, mam dla ciebie awans. Zostaniesz szefową nowego oddziału. Musisz tylko…
Jurek. Czwórka dzieci i żona, która miała idealną figurę i prowadziła butik z ubraniami dla kobiet w ciąży. Stał przed nią i opowiadał o nowej filii w innym mieście. Padło na nią, w końcu nic jej tu nie trzyma. Firma się rozwija, potrzebują kogoś zaufanego.
– Przecież pracujesz tu piąty rok, jesteś najlepsza, wiesz wszystko – przekonywał. – Marlena zajmie twoje miejsce, przeszkolisz ją. Za dwa tygodnie zaczniesz nowe życie. Dasz radę.
– Mam jakieś wyjście? Mogę odmówić? – W oczach miała wypisany żal, że właśnie ją wybrano. Bała się. Bała się zostawić mieszkanie. W końcu to miał być jej dom. Ten, do którego się wraca, a nie ten, który się opuszcza.
– Szczerze…? Nie. Mamy już lokal, znaleźliśmy też dla ciebie mieszkanie. Dasz sobie radę. Zacznij wszystko od nowa. Trzy godziny drogi od Poznania czeka na ciebie nowe życie.
– Nie wiem... Nie rozumiem, dlaczego mi to robisz… – Trzęsącymi rękami schowała telefon do torebki. Telefon pełen zdjęć i wiadomości od miłości do obojętności. Bez magii.
– Robię…? Chyba przesadzasz. Chcę dla Ciebie dobrze. Masz możliwość realizacji i zmiany otoczenia. On już do ciebie nie wróci. Żeni się. Jego kobieta jest z ciąży. Ty nadal nie rozumiesz?
– Dzięki tobie mam zrozumieć? – wyszeptała niemal. Po jej policzkach spłynęły łzy. – Boże, jakie to trywialne, mówisz do mnie jak ojciec...! Co ja na to poradzę, że nadal go kocham? Myślisz, że nie próbowałam przestać?!
– Próbujesz. Wiem, że próbujesz. Doszliśmy z Edytą do wniosku, że musisz zmienić otoczenie. Idealnie się nadajesz na szefową nowego oddziału. Wiesz o tej firmie więcej niż ja. To polecenie służbowe. Masz dwa tygodnie od dzisiaj. Jutro dostaniesz wszystkie informacje. Wynajmij mieszkanie i jedź, rozumiesz?
Nie słyszała kolejnych słów. Wstała i wyszła.
 
***
 
Poznań nie był jej ulubionym miastem. Zieleni niewiele, a ludzie ciągle dokądś biegli.
Od biura do miejskiego parku miała tylko kilka minut. Nic się nie działo. Jesienna aura odstraszała i wyludniła to miejsce.
W budce w rowerem kupiła kawę. Po chwili usiadła na ławce.
Musi pojechać. Dla Jurka i Edyty, którzy zajmowali się nią jak córką, kiedy nie miała siły wstać z materaca.
Edyta karmiła ją i głaskała, Jurek czekał na nią, aż wróci do pracy. Powiedzieli jej tyle zdań, tyle mądrości, okazali tyle zrozumienia... Kogo bardziej zawiedzie, jeżeli nie pojedzie? Siebie, gdy uzna, że nie daje rady, czy ich?
Liście spadały okraszone letnim słońcem. Kawa stygła, stopy zaczęły drętwieć, kark bolał od spięcia. Telefon co chwilę burczał jej w torebce, ale trzęsące się dłonie nie miały zamiaru go dotykać.
– Dobrze się czujesz? – usłyszała.
Kobieta, która przed nią stała, wyglądała jak wiedźma. Miała burzę włosów, w których mogły mieszkać ptaki, i sukienkę w kwiaty o kroju bliżej nieokreślonym. W ręce trzymała worek, który okazał się torebką. Na materiale pełno napisów, ale nie potrafiła ich odczytać. Wystawały z niej kwiaty, a właściwie bukiety z polnych ziół. Najbardziej zaskakujące okazały się jednak buty kobiety. Czerwone martensy z namalowanymi kwiatami.
Lidka wzdrygnęła się i tylko kiwnęła głową. Odruchowo przesunęła się na ławce, robiąc miejsce dla kobiety.
– To dobrze, chociaż nie wyglądasz na taką, u której wszystko w porządku. – Kobieta rozsiadła się i wyciągnęła nogi. Wystawiła twarz do słońca i uśmiechnęła się od ucha do ucha. – O, tak jest super, spróbuj! No spróbuj! Odłóż ten kubek i wyciągnij nogi.
Lidka posłuchała. Wystawiła twarz do słońca, wyciągnęła nogi. Mrówki rozbiegły się po jej stopach. Liście spadały, a dwie sroki ganiały się po młodych drzewkach. Posadzono tu pełno młodych lip. Wiał lekki wietrzyk, ale jak na początek września było bardzo ciepło.
– Ja tam nie wiem, ale mam wrażenie, że szukasz znaku. Wiesz, takiego impulsu do życia. Siedzisz tu ponad dwie godziny. Widziałam, jak tu wchodzisz, i od razu wiedziałam, że niesiesz jakiś problem. – Kobieta mówiła do słońca. Nawet nie patrzyła na Lidkę, która zdawała się nie słuchać. – Znaki się nie pojawią, nic się nie zadzieje, jeśli będziesz siedzieć bezczynnie, a do tego mieć łzy w oczach. Codziennie tu przychodzę. Dużo już widziałam kobiecych łez. Zresztą męskich też, bo mężczyźni też płaczą, tylko trochę inaczej. Powiem ci co masz zrobić, ale czy to zrobisz?
Kobieta sięgnęła po worek, pogrzebała w nim i wyjęła patyk.
– Ha! Wiedziałam, że jeszcze go mam! – wykrzyknęła. – Jest wyjątkowy. To kawałek brzozy. Połam go i rzuć w miejscu, gdzie wszystko się zaczęło. Powiedz, że to koniec. Trzeba posprzątać po tym, co cię spotkało. Tylko rzuć za siebie. Ty w tym czasie musisz patrzeć w przyszłość, rozumiesz?
Odłożyła patyk i zamilkła.
Lidka bała się na nią spojrzeć. Nie dość, że wyglądała jak wiedźma, to jeszcze mówiła jak wiedźma.
Gdy po dłuższej chwili ciszy postanowiła otworzyć oczy, kobiety już nie było. Na ławce leżała witka brzozowa, której używa się do robienia mioteł.
„Posprzątać…?”.
Wzięła patyk do ręki i zaczęła się śmiać. To miałoby sens! Posprzątać ten syf, który jej zostawił. Te rozwalone emocje. I serce, które rozpadło się na tysiąc kawałków.
Schowała witkę do torby.
Wiedziała, że coś musi zrobić. Wyciągnęła telefon i napisała wiadomość do szefa: „Biorę trzy dni wolnego. Wrócę i wszystko ogarnę”.
Znaki się nie pojawią? Zatem trzeba działać!
Wyjechała z parkingu i pojechała prosto do domu. Spakowała torbę i ruszyła do Zakopanego.
 
***
 
Wszystko zaczęło się na Krupówkach. Tam go poznała, w kolejce do baru. Na wyjeździe firmowym, podczas którego Jurek i Edyta świętowali dziesięciolecie firmy.
Czekała na piwo, a on stanął tuż za nią. Kłamał do telefonu, że jest w pracy i naprawdę nie może rozmawiać. Kiedy się odwróciła, żeby skarcić go wzrokiem, zrobił minę błazna i bezgłośnie wypowiedział: „Matka”. Roześmiała się.
Gdy wreszcie skończył rozmowę, okazało się, że połowa jej piwa zniknęła. Zniknęło też jej towarzystwo, zniknęli inni ludzie. Przy barze stał tylko on. Pamięta jego ogromne piwne oczy, w których zakochała się w kilka minut. To takie trywialne spotkać miłość swojego życia na imprezie firmowej.
Wklepała hasło „Krupówki” w nawigację. Przed nią siedem godzin jazdy.
Po drodze zarezerwowała pokój, zadzwoniła do Jurka i Edyty oraz do mamy, żeby wiedziała, gdzie jej szukać w razie czego.
Zatrzymywała się co dwie godziny. Raz pełno aut na trasie, raz jedynie pojedyncze pojazdy. Im bliżej Zakopanego, tym mniejszy był ruch.
Ciemność zapadła niemal natychmiast. To góry zasłoniły słońce.
Pod hotelik zajechała po dwudziestej drugiej. Zameldowała się i padła na podwójnym łóżku. Miała suche oczy i spokojne serce. Zanim zasnęła, sprawdziła tylko, czy patyk brzozowy jest w torebce. Był. Czyli musi to zrobić. Zrobi. Jutro.
 
 
***
 
Obudziło ją słońce, które wdzierało się do pokoju. Przypomniało jej wczorajsze spotkanie i powód przyjazdu.
Pokój był jasny i porządny. Łóżko, stolik, dwa krzesła, szafa drewniana, mały telewizor. Białe zasłonki, których nich nie zasłonił.
Usiadła na łóżku. Dotarło do niej, że po raz pierwszy, odkąd się wyprowadził, opuściła mieszkanie. Pierwszy raz udała się w podróż bez niego. Nie potrzebowała go, żeby pokonać sześćset kilometrów.
Marzyła o prysznicu i jedzeniu. Miała nadzieję, że dostanie tu jakieś śniadanie.
W małej łazience opłukała twarz i zobaczyła w lustrze zupełnie inną siebie. Potargane włosy i brak idealnego makijażu, sińce po oczami, ale w oczach błysk.
Długo stała pod prysznicem, zanim odważyła się wyjść. W głowie uknuła plan działania. Zamierzała wykorzystać te dwa dni. Zrobi, co ma zrobić, ale zanim wróci, trochę pochodzi po górach.
Założyła wygodne spodnie, koszulkę i sweter. Wzięła torebkę i kurtkę, na wypadek gdyby było zimno. Działała. Tak, jak jej powiedziała ta kobieta. Nic się nie wydarzy, jeśli będzie siedziała z zamkniętymi oczami.
Cichutko zamknęła za sobą drzwi i ruszyła na poszukiwanie śniadania.
 
***
 
Kawa, jajecznica i cudownie ciepłe bułki. Pomidory pokrojone w plastry i okraszone cebulką. Wymarzone śniadanie. Dokładała kolejne porcje, jakby nie jadła przez tydzień. Bała się skończyć, bo wtedy musiałaby ruszyć na poszukiwanie tamtej knajpy. Zresztą co tu szukać – dobrze wiedziała, gdzie jest „Zapiecek”. Kilka metrów od jej hotelu. Niemal od zawsze. Jej zawsze.
Przejrzała telefon pełen zdjęć i wiadomości od miłości do obojętności, potem jednym kliknięciem wykasowała ostatnie lata swojego życia – swoje uczucia, plany i marzenia. Poczuła ulgę. Jeszcze tylko ta witka i posprząta do końca.
Ruszyła spokojnym krokiem.
O tej porze na Krupówkach było niemal pusto. Mijali ją tylko pojedynczy ludzie i dostawcy towaru do restauracji.
Stanęła przed drzwiami. Usłyszała góralską muzykę.
Te oczy… Łzy same kapały na wspomnienie dotyku i szeptów. Wrócił jego zapach, którym teraz otula swoją przyszłą żonę. Głowa na poduszce zwiniętej w rulon, rozrzucona kołdra i skarpetki, które zawsze zostawiał pod łóżkiem…
Odwróciła się, żeby stanąć tyłem do wejścia. Spojrzała przed siebie.
Wyjęła brzozową witkę. Wszeptała słowa pożegnania, połamała gałązkę i rzuciła za siebie. Potem ruszyła w stronę gór.
Marzyła o schronisku w Roztoce i najlepszej na świecie szarlotce. Chciała posłuchać gwaru i śmiechu ludzi. Wciągać nosem zapach gór i oczy karmić przestrzenią. Iść z celem i bez celu. Puścić wszystko, co ją trzymało, i zacząć żyć. Doświadczać i oczekiwać nowego, które jest na wyciągnięcie ręki.
Tylko trzy godziny od Poznania.
Czy ta chwila na ławce była prawdziwa?
Czy ta rozmowa naprawdę się wydarzyła?
Magia? Życie? Kombinacja tak mocna jak bijące serce, jak emocje. Świeżość i zrozumienie. Nowa ścieżka na starej drodze życia. 

Nauczyć się puszczać to co trzyma.





O AUTORCE bloga 

Barbara Grzymkowska-Blok 

Szalona, wesoła i energiczna mama czwórki. Z wykształcenia polonistka, która świat ubiera w słowa, a z zawodu florystka, która upiększa każdą życiową przestrzeń. Po wielu życiowych zawirowaniach postanowiła wspierać kobiety i podczas warsztatów pomagać im rozkwitać po kryzysie. Autorka powieści „Osobista Wojna” oraz „Malowane Życie” – książek o kobietach i dla kobiet. Jest pasjonatką Pięknego Życia, z którego zrobiła własną filozofię. Mieszka we Wrocławiu, cudownym mieście spotkań, ale uwielbia podróże małe i duże. 

A jej książki znajdziesz tutaj  https://www.barbaragrzymkowska-blok.pl/sklep/


Komentarze