wtorek, czerwca 21, 2016

Bliżej siebie i swoich potrzeb...

"Jak korzenie drzewu tak, to co mamy  w środku pozwala nam rosnąć."



Bardzo dziękuję Wam za słowa wsparcia i przesłaną do mnie energię!
Magda napisała mi coś co miałam w głowie przez ostatni weekend :

 Walka bierze pod uwagę istnienie wroga z którym ciągle trzeba się mocować i mieć się na baczności. Akceptacja wroga, to też jakiś sposób radzenia sobie z nim, ale w pokojowy, mniej energochłonny sposób.

To prawda, cała prawda o tym, że zawsze mamy wybór, możemy żyć w lęku, a co za tym idzie tracić energię, nie mieć siły i chęci do życia. Ja zawsze mam problem z oddychaniem, zaciskiem szczęki i bólem kręgosłupa. Po ostatnim wpisie postanowiłam przestać się bać, oczywiście wiem, że nigdy do końca nie przestanę się bać...zmiana ma dotyczyć strachu, który paraliżuje, powoduje ból i totalną destrukcję mojej psychiki i ciała.




JESTEM LWICĄ!! tak właśnie to nie tylko mój znak z zodiaku, to moje wnętrze i cała ja. Muszę tylko tą lwicę z siebie wydobyć!! takie było moje postanowienie i powiem Wam nadal w nim trwam!!

Zaczęłam w połowie kwietnia, wróciłam do zapisków z sesji z coachem. Jestem Lwicą;) tak właśnie- walczę o moje dzieci, moje terytorium, ryczę jak lwica, Spakowałam się z przyjaciółką wyjechałam na weekend w góry. Przegadane godziny przy winie, spacery i łażenie po górach oczyściły mi umysł. Lęk prysł. Wchodzę na Marię Śnieżną i jestem blisko siebie. Jestem tak blisko poznania własnej duszy, wrażliwości, że zaczynam garściami wyciągać z siebie swoje dobre strony, swoje mocne strony, atuty, własną broń...wracam po to by cały maj pracować nad sobą. Codzienna joga o poranku, nie wiem może zbieg okoliczności, ale właśnie w marcu znowu zaczął mi doskwierać kręgosłup. Codzienne ćwiczenia dały mi siłę i ból przestał być dominujący, a w tej chwili pojawia się tylko wtedy gdy zbyt dużo siedzę albo zbytnio się stresuje. Codzienne Powitanie Słońca i parę ulubionych asanów, działają lepiej niż kawa i cała garść tabletek przeciw bólowych. 
Rytuały: codzienne okrzyki lwicy, oczywiście gdy nikt nie słyszy:) autentycznie ryczę jak lwica:) działa, oczyszczam układ oddechowy, a i śmieję się przy tym jak jakaś wariatka. Znowu jestem blisko siebie. Pytanie czego Ci Lwico potrzeba? zadaje je sobie codziennie!!  Dzisiaj miałam potrzebę opowiedzieć Wam o tym co ze sobą robię, wczoraj miałam potrzebę spać już o 20, dziś rano prasowałam dzieciom ubrania do szkoły i jedną ręką robiłam makijaż. wczoraj miałam potrzebę pojechać do pracy w dresie i bez makijażu, dzisiaj będę z radością oglądać rodzinnie mecz. Codziennie potrzebuje czasu na kawę, wypitą w towarzystwie mojego przyszłego męża. Codziennie potrzebuje poprzytulać się do dzieci, poczochrać kota i psa. Codziennie czytam książkę. Mam też potrzebę plewienia w ogrodzie i gotowania dla siebie i rodziny. Też tak macie...macie na sto procent tylko zamiast odbierać to jako własną potrzebę, stawiamy to sobie za muszę, powinnam, nie mogę, to nie dla mnie itp.  Tak zgadza się w dorosłym życiu bardzo wiele musimy i jeszcze więcej powinniśmy. Prosty przykład miałam potrzebę mieć dzieci, bardzo ich pragnęłam, nadal marzy mi się trzecie dziecko!!!!! wraz z realizacją tej potrzeby:) o jaka byłam szczęśliwa, przyszły obowiązki, wyrzeczenia zaczęłam musieć!! oczywiście na początku macierzyństwo jest lukrowane, ale nie oszukujmy się po jakimś czasie po prostu musimy wstawać w nocy do dziecka, musimy go ubrać, nakarmić, wychować itd. Cieszymy się, że mamy dziecko, ale w sercu ciąży obowiązek, że teraz to już do śmierci muszę być matką. To oczywiście skrajny przykład, ale tak samo jest choćby z potrzebą posiadania psa:) nawet w deszczu musimy iść z nim na spacer. To musimy po jakimś czasie przestaje nas cieszyć i staje się przykrym obowiązkiem.Ja staram się z tym walczyć. Tak więc mam potrzebę zjeść z rodziną obiad. Jednak nie wpadam do domu jak kiedyś i nie gotuję w stresie, bo obiad powinno się jeść zaraz po powrocie do domu. Najpierw mam potrzebę oczyszczenia mózgu, siadam zatem na tarasie i wracam do siebie. Dzieci mają podobny rytuał, mamy wspólną potrzebę wyciszenia emocji po całym dniu. Późny obiad i wczesna ciepła kolacja, razem przy stole i razem w kuchni przy przygotowaniach.  ( uwaga dzieci jedzą obiad również w szkole) 
U mnie wystarczyło uzmysłowić sobie, że pewne obowiązki wynikają z moich potrzeb, potrzebuje rodziny by móc oddychać, więc muszę o nią dbać:) potrzebuje słyszeć śmiech dzieci, więc muszę go wywołać, itd.
sprzątać nigdy nie lubiłam i raczej już nie polubię, ale dziwne jest dla mnie to, że najczęściej ok 21 wieczorem mam potrzebę posprzątać w garderobie:) w kuchni, w spiżarni:) i przestaje to być mój obowiązek, który muszę dźwigać na plecach. To moja potrzeba, która wywołuje śmiech w mojej rodzinie, bo mamuśka znowu dostała szwunga:)
Czy przestałam się bać? Nie, ale boję się o wiele mniej, prawie wcale, są dni że w ogóle, śpię w nocy i budzę się codziennie rano ze słowami na ustach " to będzie dobry dzień" i tak jest. Co z turystką ? zapytacie? czasem oglądam swoje życie z perspektywy turysty. Teraz  to już tylko czasem, a i tego w sobie nie neguję, bo turysta widział już wiele i ma porównanie. W tym moim życiu jest mi bardzo dobrze, w poprzednim miejscu nie było tak. Zmienia mi się perspektywa. Problemy skarlały, bo i tak nie mam na wszystko wpływu, a to na co mam to jedynie moje uczucia. Właśnie o nie mam zamiar dalej dbać:)
Buziaki Wasza Lwica:)




czwartek, kwietnia 14, 2016

Czas na zmianę...

Lęk...
To mój wierny towarzysz. Od śmierci męża towarzyszy mi cały czas. Nie ma dnia, abym nie obudziła się czegoś bojąc, nie ma dnia bez lęku. Dzień bez lęku to dzień stracony, chciałoby się rzec.
Zapytałam pięć najbliższych mi kobiet czego się boją. Każda jak z rękawa wysypała mi cały arsenał:
-boję się choroby
-boję się śmierci
-boję się samotności
-boję się biedy
-boję się o dzieci
-boję się, że nic mnie już nie czeka
-boję się, że nikt mnie nie będzie kochał
itd.

Każda z nich nie musiała się zastanawiać nad tym co powiedzieć, każda miała niemal gotową odpowiedź...
Moja 8 letnia córka, boi się, że mi się coś stanie, boi się ciemności, boi się ośmieszenia w klasie oraz latających owadów. Nie boi się biedy, bo jeszcze jej nie zaznała, jest kochana i nie czuje się samotna, zdrowa i pełna sił witalnych rozpoczyna każdy dzień...To dopiero początek jej drogi, do trzydziestki uzbiera całą listę swoich lęków i wiem, że ciemność to będzie nic w porównaniu do reszty. Kiedy byłam jej wieku niczego się nie bałam, no może jak coś zrobiłam to bałam się krzyku matki. Wychowałam się z samymi chłopakami, mimo  iż mam dwie starsze siostry, to właśnie koledzy z ulicy ukształtowali  moje poczucie wartości. Byłam ich mamą, zarządzałam całą ekipą, wybierałam zabawy, decydowałam jaką bronią będziemy się bawić. To było zanim poznałam jedne dwie dziewczyny mieszkające na mojej ulicy, potem były dziewczyny kontra chłopcy:) i dalej niczego się nie bałam. Potem szkoła podstawowa, umiera moja mama i pojawia się pierwszy prawdziwy lęk... potem poszło jak z górki lęki się namnażały, ale nigdy nie dominowały nam moim poczuciem świata i własnej osoby.
Jestem już tym zmęczona. Zmęczona tym, że boję się żyć. Zmęczona tym, że cały czas od trzech lat walczę o swoje szczęście i spokój. Kiedy zmarł uparłam się, że będę jeszcze szczęśliwa. Przysięgłam sobie, że nie upadnę, że się nie dam, że nic mnie nie złamie, bo chcę żyć pełnią życia i dostrzegać piękno tego świata. Zaliczyłam więc terapię, trenerów, ciągle coś czytam i dumam jak tu się nie bać.
Jednak wczoraj coś do mnie dotarło. Człowiek nigdy nie osiągnie pełni szczęścia, to fikcja i ułuda. Trzeba walczyć kiedy jest wojna i cieszyć się kiedy jest pokój. U mnie jest pokój, wróciła harmonia i miłość. Wróciła rodzina, stabilizacja, a ja zamiast cieszyć się tym marnuje swój czas, bo z lęku przed stratą tego wszystkiego po raz kolejny oglądam swoje dobra z perspektywy turysty.  Wydawało mi się, że to już, że ogarnęłam swoje życie, finanse, kredyty, cały tan bałagan. Kiedy już wszystko się dobrze układa co rusz pojawia się kolejna sytuacja z przeszłości. Teraźniejszość jak to bywa w biznesie też ma wiele niespodzianek. Okazuje się właśnie, że z kolejnymi sytuacjami kryzysowymi sobie nie radzę, pojawił się nawet lęk przed skrzynką pocztową, bo przecież nie wiem co z niej wyskoczy.  Od paru dni znowu coś zburzyło moją wypracowaną harmonię, ćwiczenia oddechowe, joga, zadania od coucha, slow life, nie dają rady, bo jestem poddenerwowana i smutna. Wczorajsza medytacja przyniosła mi taką myśl- gdyby to wszystko zaakceptować? Pogodzić się z tym co jest, co mnie spotkało, a wszystko co nowe przyjąć z wdzięcznością? Przestać się bać? zacząć żyć w środku mojego życia, a nie jak turysta oglądać i szukać okiem krytyka, że jest ono niedoskonałe? Właśnie, bo ja mam niedoskonałe życie, a ciągle dążę do tego by było doskonałe. Tu jest problem. Pełnia szczęścia to nie życie bez lęku, to nie życie bez problemów, pełnia szczęścia to cały wachlarz emocji i tych dobrych i tych złych. Cały zbiór wszelkich doświadczeń, bez porażki nie byłoby zwycięstwa i woli walki o zwycięstwo. Łatwo powiedzieć gorzej zrobić. Jak pogodzić się z tym co daje mi życie i czy w ogóle mam przestać walczyć?
Do tego dochodzi jeszcze wychowanie moich dzieci. to dla nich między innymi obiecałam sobie, że będę szczęśliwa, czy jednak lęk, który mam w sobie każdego dnia nie wpływa na nie? jasne że tak. czy moja córka doklei sobie moje lęki? będzie moją kalką? Tego bym nigdy sobie nie wybaczyła.
Podobno, aby zmienić nawyk potrzeba 66 dni. Czy to wystarczy, abym wytworzyła w sobie nowy nawyk, życia bez lęku? Bardzo bym chciała przestać bać się żyć. Nie ruszę ani kroku dalej, jeżeli nie przestanę bać się, jeśli nie wejdę w swoje życie jako jego uczestnik, muszę porzucić rolę obserwatora.

"Jest w życiu tylko jedna stała. I tą stałą jest zmiana"
Heraklit z Efezu

Czas na zmianę...


Wiosenna dekoracja

 Od dawna na naszym stole w jadalni stoją tulipany. W tej odsłonie nadal cieszą oko. Do wykonania takiej dekoracji potrzebujemy starą doniczkę, mech, zieloną gąbkę florystyczną i tulipany. Gąbkę moczymy w wodzie, następnie wkładamy do doniczki i układamy kompozycję z kwiatów. Tulipany można wymieniać, ważne jest to, żeby cała gąbka była zakryta, dzięki temu kompozycja jest estetyczna.






Banalnie prosta kompozycja, która w taki deszczowy wiosenny dzień zapewne sprawi Wam dużo radości:) Zabierajcie się do pracy:)

czwartek, lutego 11, 2016

Tusia i ptasia restauracja.

Luty to jeden z moich ulubionych miesięcy zimowych. Jest już dłużej jasno i czuć wiosnę i miłość, nie tylko dlatego, że są Walentynki, także dlatego że koty już marcują. Mój Boczek jest wykastrowany, ale ma nadal ciągoty i jak tylko robi się ciepło to nam znika, Luty daje nadzieję, na szybkie nadejście wiosny. Jesteśmy znudzeni szarościami i bielą, sami podświadomie szukamy koloru. Zmieniamy powoli garderobę, ja dzisiaj jestem koralowej koszuli i Pani na recepcji w moim biurze się nią zachwyciła. Koleżanka kupiła wczoraj nowy jasny błyszczyk, seksowna czerwień, moja córcia znowu wyciąga spódniczki, choć jeszcze zimno. Z domu poznikały ozdoby świąteczne, zostawiliśmy tylko lampki na regale z książkami. Dają ciepło, które poprawia humor i tworzy rodzinną atmosferę. Koza od dwóch tygodni stoi i czeka, aż zmarzniemy. Pomarańcze do czerwonego wina, też. Czy zima jeszcze wróci? Teraz już chyba nikt u nas na nią nie czeka. Czekamy na światło, na słońce, na śpiew ptaków. Zostało nam dużo karmy dla ptaków, a nasze wierzba wygląda dość dziwnie, bo cała jest udekorowana słoninką. W tym roku dokarmiamy ptaki i obserwujemy je w podnieceniu. Były wróble, sikorki, sójki, sroki, wrony, gile i parę innych, których nie znamy, a pewnie są bardzo znane. Kiedy postawiliśmy karmnik tuż pod oknem w jadalni, nie przypuszczałam, że będzie to dla mnie taka ogromna frajda. Najbardziej zainteresowana byłam ptaszkami ja, dzieci zawieszały wzrok na ptakach, kiedy ja piszczałam z zachwytu. Kiedy w grudniu jeszcze przed Bożym Narodzeniem, dzieci się pochorowały, pół dnia spędziliśmy w jadalni na obserwacji ptaków. Ich śpiewy i trele od rana do popołudnia umilały nam czas. Jednym nie zadowolonym z całej akcji był nasz kot, który miał na czas karmienia ( czyt. dopóki było jedzenie w karmniku) zakaz wychodzenia z domu. Po kilku dniach przyzwyczaił się do wyjść wieczornych, zresztą był śnieg i zimno, wylegiwał się na swoim posłaniu.  W takiej scenerii powstała nowa bajka o Kotce Tusi- Kotka Tusia i ptasia restauracja. Siedziałam i pisałam, bawiąc się przy tym doskonale. Chciałam zatrzymać ten dzień z dziećmi w domu, tą atmosferę, nasz śmiech, wspólne siedzenie przy oknie. Mam duże dzieci 11 i 8 lat, to oni recenzują wszystkie moje bajki. Po przeczytaniu im tego co napisałam, Nat sama pamiętała o ptakach. Wieszali kolejne kąski słoniny i kule z ziarnami. 
Potem ruszyła machina i tak już w lutym, co prawda na progu wiosny, ale jest moja nowa Bajka o Tusi:) jak zawsze Pani Grafik stworzyła przepiękne ilustracje. Powiem Wam, że nie mogę się przyzwyczaić do tego, że ja coś wymyślę, a ktoś to tak pięknie zamieni w obraz:)


 Tu możecie ją kupić:)Tusia i ptasia restauracja.


Na stronie już za chwilę pojawią się kolorowanki do bajki:)http://zygmuntplace.com/books/tusia/


Wczoraj przyjaciółka wysłała mi zdjęcie książeczki Bajki Blogerów, w której ukazała się moja bajka pt. Kwiatowy statek. Czytały ją na dobranoc z córeczką. Tak mi się ciepło na serduchu zrobiło, że ktoś to jednak czyta;) Warto pisać dla dzieci, to jest bardzo miłe:) jak pomyślę, że kiedyś moje dziecko będzie czytać bajkę babci swoim dzieciom, to wiem, że będę w ich sercach nawet jak mnie zabraknie. 


Życzę Wam jasnego Lutego:)
Buziaki 
Basia



środa, lutego 03, 2016

Smak szczęścia

Każdy z nas doskonale zna to uczucie, kiedy musimy z kimś porozmawiać, a rozmowa nie będzie łatwa. Ten ścisk w gardle, łomotanie w sercu i panika czy wszystko będzie potem dobrze. Ja wczoraj znowu musiałam odkręcać przeszłość, mocno związaną ze śmiercią mojego męża. Trzy lata jak go ze mną nie ma, a ciągle wiszą jeszcze jakieś sprawy, które muszę prostować. Każda taka sytuacja powoduje u mnie panikę i histerie. Boje sie urzędów, banków i tego typu instytucji. Budzą we mnie te wszystkie emocje, które pojawiły sie wraz z jego odejściem. Organizm doskonale pamięta uczucie strachu, każda komórka zwija sie, ciało się napina i boli. Ręce mam mokre, w oczach bezsilność. Dziś już znam sposoby na swoje reakcje. Dziś już umiem je rozchodzić. Bardzo ważne jest dla mnie wsparcie najbliższych mi osób, bardzo ważne są słowa wsparcia i zrozumienia, czasem milczenie, czasem głupawka. Wczoraj przed kolejnym ważnym spotkaniem, postanowiłam pójść na spacer. Oglądałam stare kamienice, ludzi, słuchałam odgłosów miasta. Wyciszyłam umysł obrazami. Po spotkaniu postanowiłam się nagrodzić samotną kawą w jednej z moich ulubionych kawiarni. Na spotkanie dotarłam wyciszona z nadzieją, że wszystko uda mi sie pomyślnie wytłumaczyć. Zadziałało, skutki będę widzieć za parę tygodni, ale odniosłam osobisty sukces. Zmierzyłam się ze swoim strachem, obawami, zachowałam spokój i profesjonalizm. Wyszłam z lekkim sercem. Oczywiście mój organizm zareagował bólem głowy, napięciem mięśniowym, osłabieniem i sennością. Dałam mu kolejną godzinę z kawą i ciastem. Wyobraźcie sobie jak musiałam wyglądać, gdy kelnerka stwierdziła, ze nie dodała mi cukru do kawy, bo zestaw był mocno słodki, ale jak tak na mnie patrzy to chyba mi ten cukier doniesie, bo widać potrzebuje go...oczywiście za cukier podziękowałam. Wypita kawa i ciasto smakowały choć nie tak jakby mi smakowały na spotkaniu z przyjaciółka. Telefony do przyjaciół po wyjściu podniosły mnie na duchu. Wracałam do domu pieszo, karmiąc oczy i dusze miejskimi obrazami. Wrócił spokój. Suche ręce. Normalny oddech. Chce nauczyć swój organizm tego, żeby złe chwile zapomniał. Chce z wczorajszego dnia pamietać tylko to uczucie lekkości. Poszłam do księgarni. Nakarmić swoją dusze. Oglądałam książki i je dotykałam. Na jednym ze stojaków zobaczyłam jeden jedyny egzemplarz książki Agniszki Maciąg pt. Smak szczęścia. Pomyślałam, że u mnie będzie mu lepiej. Wyszłam z księgarni z książką. W domu zatopiłam się w pierwszych rozdziałach. Dziś śmiało mogę powiedzieć, że ja bardziej potrzebowałam tej książki niż ona mnie...
Wróciłam do domu zupełnie spokojna o naszą przyszłość. Cokolwiek się dzieje, nie dzieje się bez powodu...


 

Miłego dnia:)

czwartek, stycznia 28, 2016

Dziewczyna z pociągu.

W grudniu pokazałam Wam małą stertę książek, które dostałam lub kupiłam. Część z nich już przejrzałam, część przeczytałam, inne leżą. Mój syn twierdzi, że jestem uzależniona od czytania, a przecież teraz czytam o wiele mniej niż kiedyś. Dla niego trzy książki na miesiąc to uzależnienie, dla mnie zbyt mało. Jednak każdy kto czyta ten wie, że jak trafi nam się dobra książka, która wciąga to znajdzie się czas i chęć na czytanie. Ja swoje rekordy biłam mieszając obiad jedną ręką, a drugą trzymając książkę. Tak właśnie:) kiedy dzieci spały czytałam kryminały:)  
Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że do 30 roku życia kryminał to nie był mój ulubiony gatunek. Nie lubię się bać, nie lubię sama się straszyć. Jednak życie w domowych pieleszach, z dziećmi było delikatnie mówiąc bardzo spokojne. Sięgnęłam po kryminały i wpadłam po uszy. Zarywałam noce, w ciągu dnia czytałam w każdej wolnej chwili. Teraz czas na książkę to ogromny luksus, jednak czas to nie wszystko. Moja głowa pęka od myśli i problemów. Dlatego czytanie nawet kiedy mam czas nie zawsze jest łatwe i przyjemne:) Książka musi kusić, musi obiecywać i wciągnąć tak, by w trakcie czytania nie było pełno chmurek z myślami nad moją głową. Zima to dobry czas na czytanie. Dlatego dobrze jest zabrać się za czytanie i otworzyć się na książkę, a także opisany świat. 
Kocyk, herbata i czytanie:) Czas dla siebie i ze sobą.
"Dziewczyna z pociągu" to ostatnio hit wydawniczy, debiut Pauli Hawkins. Szumna promocja, zapowiedzi, polecenia. Każdy kto się choć trochę interesuje nowościami na rynku czytelniczym słyszał o tej książce. Wiele osób tylko sięgnęło po tę pozycję, bo polecał ją sam Stephen King, prawa do tłumaczenia zakupiło 47 krajów, wkrótce będzie film... 
Prawdziwy thriller psychologiczny, jest w nim przekrój społeczeństwa, przekrój kobiet, jest morderstwo,ofiara, szukamy zabójcy...wszystko tak jak powinno być.
Główna bohaterka Rachell to niestety nie jest mój ulubiony typ ani bohatera, ani człowieka... ja jej po prostu nie polubiłam, czułam do niej niechęć, wcale jej nie rozumiałam. Zastanawiałam się czy był to celowy zabieg autorki, czy tylko ja tak miałam. Jedno wiem książka świetnie oddaje przekrój społeczeństwa, doskonale ukazuje kobietę w jej rolach życiowych, solidaryzujemy się z każdą z opisanych kobiet, bo w każdej z nas jest jej cząstka. Rachel to jednostka destrukcyjna, ja jej nie lubię, bo jakaś część mnie być może jest podobna do niej. Przecież całe życie staram się wychodzić z problemów, walczę i wygrywam, choć mam świadomość, że wiele razy mogłabym położyć się i nie wstać lub zupełnie odpuścić sobie życie...jednak Rachel uczy mnie czegoś bardzo ważnego, nie tylko tolerancji do czyjejś słabości, ale po raz kolejny uświadamia mi, że czas, ludzie i to dzieje się dookoła nas nie tylko ma bardzo silny wpływ na to co robimy ze swoim życiem...jakby wprost do mnie mówi możesz zrobić ze swoim życiem co chcesz i możesz podnieść się z tej podłogi, wytrzeźwieć i żyć dobrze na swoich warunkach, kiedy tylko znajdziesz na to siły!! Lubię Rachel, choć zajęło mi trochę czasu przyzwyczajenie się do jej tempa, do jej dojrzałości. 
Każda książka ma wiele recenzji, moja jest bardzo subiektywna. Cieszę się, że już ją przeczytałam, bo uwierzcie mi chodziłam wściekła na główną bohaterkę:) Dopiero teraz ją rozumiem.  Do tego wcale nie wczułam się w opisywany klimat książki. Dla mnie to lektura bardzo ciemna, mokra, wilgotna i śliska. Zalana deszczem, alkoholem i łzami. Trudno dłużej niż dwa dni wysiedzieć w takim klimacie i nie popaść w depresje.  Autorce nie udało się wciągnąć mnie w jej klimat, udało się opowiedzieć historię, jednak ja automatycznie przerobiłam ją na własne potrzeby...
Życzę Wam udanego czytania, sięgnąć po taki debiut warto, jeśli się lubi kryminały:) 
Buziaki
Basia 

sobota, stycznia 23, 2016

Zamiast telewizora- można inaczej się zrelaksować, czyli kolorowanki dla dorosłych.

Kiedy wracam do domu nic mi się nie chce...jestem tak przemęczona i zestresowana, choć mam już pełną stabilizacje, że wracam totalnie wyzerowana.  Po pracy szybko odbieram dzieci ze szkoły, robię zakupy, potem około godziny stoję w korku, by dojechać do domu. Kiedy wjeżdżam już na moje osiedle, kiedy tylko w nie skręcam czuję się jak w domu. Napięcie spada, pojawia się uczucie luzu, ale to co było wcześniej pozostawia po sobie bardzo duże zmęczenie.
Mam na to receptę, wypracowałam ją przez miesiące, w czasie terapii, na różnych sesjach coachingowych, sięgając po różne poradniki. Jednak tylko zwrócenie się ku własnym potrzebom okazało się skuteczne. Ja potrzebuje minimum godziny dla siebie zanim wejdę w kolejną rolę, zanim podam obiad, zanim pomogę w lekcjach, zanim zacznę ogarniać domową rzeczywistość. Nauczyłam też tego dzieci, kiedy wracają do domu idą do swoich pokoi i tam odpoczywają. Nat najczęściej czyta, koloruje, bawi się lalkami. Starsze źródło wydatków najczęściej sięga po komórkę i gra lub ogląda filmiki. Nie ważne co robią to jest ich czas zanim znowu wejdą w swoje kolejne role, bo przecież cały dzień byli uczniami, a po powrocie mają być dziećmi i domownikami, a za tym idą obowiązki i przywileje. Ja w tym czasie od wiosny do zimy zalegam na tarasie i piję kawę, czytam, oglądam, myślę, czasem rozmawiam i planuję. Jednak najczęściej staram się po prostu zregenerować. Puszcza mi wtedy napięcie mięśni w okolicy ramion, rozluźnia mi się szczęka, która przez moje traumatyczne przeżycia zaciska się jak u  pitbula. Pomaga mi w tym muzyka, kawa i tak na sto procent po prostu motywacja. Ja chcę być spokojna, ja chcę być szczęśliwa i walczę ze stresem każdego dnia. Szukam ciągle czegoś nowego co mnie rozbawi, rozluźni i ucieszy.
Modne są teraz kolorowanki dla dorosłych. Mijam w księgarniach całe regały takich książek z kolorowankami. Nie byłabym sobą, gdybym nie poszukała czegoś w internecie. I tak wróciłam do domu w zeszłym tygodniu z trzema wydrukami. Papuga, sowa i motyl. Oczywiście moje dzieci to zauważyły:) mamo będziesz kolorować? Mamo, jakie to trudne:) Trzy dni czekały, aż wczoraj po pracy postanowiłam się za nie zabrać. Muzyka w tle, dobra kawa i kredki...







Chwila moment i pojawiła się Natalia:) mogę, mogę? No i dostała sowę, bo była najłatwiejsza:)


zaraz po niej przyszedł Kacper  i też oczywiście chciał  spróbować



Spędziliśmy ze sobą kolorując 1,5 godziny. Nie pamiętam kiedy ostatnio kolorowałam, za to wróciły wspomnienia dzieciństwa moich dzieci. Wspomnienia, które zablokowałam po śmierci męża. Pierwszy zaczął Kacper, mamo pamiętasz jak robiliśmy wulkan? Potem Nat przypomniała sobie zdjęcia w ogrodzie z wiśniami. Sypali wspomnieniami jak z rękawa. Kiwałam tylko głową na wspomnienie  ile ja z dziećmi robiłam będąc z nimi w domu. Cała masa wycieczek po Wrocławiu, zajęcia plastyczne, muzea, spacery, wspólne gotowanie i pieczenie. Chciałabym to wszystko mieć w głowie i sercu, chciałabym też, aby ich dzieciństwo nie bolało mnie tak bardzo. Chciałabym też więcej pamiętać, na tą chwilę mam duże braki, odsuwanie tego co bolesne powoduje, że zapominam już wiele obrazów, słów, sytuacji. 
Co z tymi kolorowankami? Udało się :) oto moja papuga!



Pozytywy:
Spędzony z dziećmi wspólnie czas!
Rozmowa, więź, relacja.
Wyciszenie, spokój, harmonia.
Aspekt terapeutyczny, sam na sam ze swoimi myślami, wspomnieniami.
Dobra zabawa.
Pochwała, zachwyt bliskich, a jak się pochwaliłam na Fb to masę komentarzy dających motywację:)

Negatywy:
Ból rączki:)
Niedosyt.
W  aspekcie terapeutycznym, pojawił się ból w sercu spowodowany powrotem wspomnień...

Czy warto? Jasne, dlatego szukam kolejnych kolorowanek i czasu by się tak z dziećmi pobawić:) By zrobić coś dla siebie i nie konieczne musi być coś racjonalnego:) Obudź w sobie dziecko i baw się:)
Nie trzeba od razu kupować można kolorowanki znaleźć np. tutaj http://www.madziof.pl/2015/11/05/kolorowanki-dla-doroslych-za-darmo-do-pobrania-i-wydrukowania/.

Leczenie obrazami to nie tylko spacery, zdjęcia, ale właśnie również kolorowanie. Użycie jaskrawych kolorów, wielu barw ładuje nam baterie. Kiedy na dworze szaro dobrze jest otoczyć się kolorem!!

Życzę Wam udanego weekendu!! Zróbcie coś dla siebie!!

Buziaki 
Basia






sobota, stycznia 16, 2016

Rzecz nie o rosole...słoneczne kulki:)

Od 15 lat prowadzę własny dom, jestem odpowiedzialna za żywienie nie tylko swoje, ale i dzieci. Wyszłam z domu, gdzie gotowanie było ważne, ba nawet bardzo ważne. Jednak z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że rodzice nie skupiali się tylko na jedzeniu. Mieli swoją pracę, swoje hobby, marzenia, dzieci i zwierzęta. Jednak prym w kuchni wiodła mama, która swą wiedzę przekazała moim dwóm starszym siostrom, a ja się nie załapałam na mamine nauki, bo odeszła jak miałam 13 lat. Po jej śmierci nastał czas stołówek, proszonych obiadków u cioć czy znajomych taty. Nie wspominam tego okresu dobrze, bo tato miał wąski wachlarz umiejętności i serwował głównie mięso. Musiałam nauczyć się gotować, żeby jeść...
Na studiach jadło się dość niezdrowo-zupki chińskie, hot-dogi, pizze...jajka na twardo, frytki, parówki...na drugim roku postanowiłyśmy zacząć gotować. Rosół nauczyła gotować mnie przyjaciółka z mieszkania, choć tato próbował całe liceum. Z tym rosołem jest związana taka rodzinna anegdota. Co niedziele tata wołał mnie Basia chodź nauczę Cie gotować rosół! Nigdy!! Nie cierpię rosołu!! Nie będę tego jadła!! Co to za żona z Ciebie będzie!! Znajdę sobie męża co nie będzie lubił rosołu... pech chciał...że wszyscy mężczyźni na mojej drodze życia uwielbiali rosół...pech chciał, że mój syn do 5 roku życia uwielbiał tylko rosół...Nauczyłam się go gotować, ale nadal nie lubię i u nas rosół to prawdziwe święto!! Gotuję tylko to co lubimy, mieszam, kombinuje, często gotuje jakieś danie tylko raz, inne na stałe wchodzi do naszego menu.
Jednak dzisiaj nie o rosole chciałam pisać, a on się tak dziwnie tu panoszy...Moja przygoda ze zdrową żywnością trwa:) walka o zdrową duszę również!

Listopad 2015 kolejny już raz Dagmara Skalska organizuje Warsztaty Egoistki we Wrocławiu, jadę na nie z przyjaciółką, to też już tradycja.Warsztaty są niesamowite, wychodzę z nich naładowana pozytywną energią na kolejne miesiące. Dagmara zaprasza też wspaniałych gości, między innymi Monikę Mrozowską, a ona przygotowuje najlepsze na świecie kulki z amarantusa i słonecznika. szybko okazuje się, że przepis na Słoneczne Kulki znajdę w jej najnowszej książce. No cóż marketing. Kupuję zatem książkę i testuje:)
Składniki:
50 g pestek słonecznika
2 łyżeczki miodu akacjowego
1/2 pół szklanki poppingu z amarantusa
1 płaska łyżka kakao
Ziarna słonecznika mielimy w młynku do kawy lub w robocie kuchennym. Dodajemy miód, amarantus oraz płaską łyżkę kakao i całość bardzo dokładnie mieszamy.
Z masy słonecznikowej odrywamy małe kawałki i kręcimy z nim kuleczki, które ozdabiamy pestkami słonecznika.

Wspaniały smak i zdrowa alternatywa dla uzależnionych od słodyczy:) uwielbiam, a moje dzieci też je jedzą!! jak dzieci coś zdrowego lubią to chyba jest najlepsza rekomendacja!!
Zróbcie!! Idealna przekąska, można wrzucić do śniadaniówki, zabrać do szkoły, pracy i na wycieczkę:)
Robi się ekspresowo i słowo daje jest po prostu bardzo smaczne:)



Jak widać lubią wariacje i kombinacje:) pasuję do mojej koncepcji życia:))

Sama książka jest bardzo dobrym zakupem, zawiera proste, zdrowe przepisy z artykułów ogólnie dostępnych i w miarę dostępnych cenowo. Wydana pięknie, zawiera cudowne zdjęcia, miły w dotyku papier i uśmiech Moniki:) Polecam:)
Miłego wieczoru, nocy i cudownego jutrzejszego dnia:)

sobota, stycznia 09, 2016

Na ten Nowy Rok

I stało się mamy rok 2016!! doprawdy nie wiem kiedy ten czas tak mija...straciłam nawet rachubę ile lat temu zaczęłam tu pisać. Pamiętam jednak dlaczego założyłam bloga i po co. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że moje życie bardzo się zmieniło. W tym roku mam bardzo mało planów, właściwie nic nie będę planować na kartkach i listach. Jestem już w takim wieku, że wiem czego pragnę i jakie mam cele. Skupiać się mam zamiar na kontynuacji wielu zaczętych w 2015 roku projektów, dbać o siebie i swoje zdrowie, skupiać się na rodzinie i relacjach z najbliższymi. Na tym etapie życia mam już bardzo konkretne i ustalone priorytety, wyznaczone tory, ale też pełną świadomość, że życia nie zaplanujesz, że nie jesteś w stanie wszystkiego przewidzieć i  że często jest lepiej brać życie takim jakie jest bez zbyt dużych oczekiwań. Dlatego też w moim kalendarzu zamiast dalekich planów jest tylko szkic miesiąca, szczegółowo rozpisany tydzień i opisany dokładnie dzień, który przeżyłam. Od stycznia w moim kalendarzu zapisuje codziennie wieczorem tylko to co w danym dniu mnie ucieszyło, rozbawiło, co sprawiło, że właśnie ten dzień jest wyjątkowy. Piszę o tym, bo pragnę się skupiać na tym co w moim życiu jest piękne i wyjątkowe. Właśnie to chcę zapamiętać z tego roku. Sito, wyrzucam to co jest zbędne, toksyczne i nie pomaga w szczęściu. 
Wiem, że to brzmi dziwnie, ale takie właśnie sobie funduję ćwiczenie w Nowym Roku.

Nie mam planów, że w tym roku schudnę, bo od co najmniej od roku prowadzę zdrowy tryb życia. W moim jadłospisie nie brakuje kasz, warzyw, jest mało mięsa. Piję wodę, codziennie około 1,5 litra od niedawna przypomina mi o tym aplikacja w telefonie, bo sama mogę nie pić cały dzień. Dziwne jest to, że nie zapominam o zabraniu z domu telefonu, a zapominam pić. Kiedyś człowiek z domu nie wyszedł bez butelki wody, napełniał ją w strumykach i każdym wodopoju z pitną wodą, a dziś ? dziś pamięta przede wszystkim o telefonie, kluczach i dokumentach...

Od kwietnia zeszłego roku chodzę na siłownie, w wolnych chwilach ćwiczę jogę i w weekendy biegam. Waga stoi, ale ja czuję się dobrze ze sobą. Więc nie muszę się odchudzać:)

Dużo czytam, piszę i marzę, więc nie potrzebuje postanowień typu przeczytam 52 książki itd.  Stawiam na samorozwój, dlatego ciągle coś ze sobą robię. 

Kocham zwiedzać Polskę, nasz kraj jest piękny i warto go poznawać oraz pokazywać dzieciom. Wszystko co kocham jest w górach, dlatego kiedy mogę to tam uciekam i wchłaniam, wciągam nosem, ładuje baterie na kolejne dni...

Co zatem mogę sobie postanowić? Mogłabym ....np. mniej się martwić i zamartwiać, mnie się bać i więcej śmiać... I niech to pomoże mi wprowadzić mój kalendarz z dobrymi wpisami:)

I rozpieszczać się tak to mogę:)

Jednym z elementów rozpieszczania był właśnie spacer z aparatem i dziećmi oczywiście. 
Zapraszam zatem do obejrzenia zdjęć przedstawiających zimę moimi oczami:
















A Wam życzę spokoju i chęci do spełniania marzeń:)
Basia
 

wtorek, grudnia 29, 2015

Po Świętach:)

I po świętach:)

W całych tych przygotowaniach przedświątecznych nawet nie zajrzałam na bloga, żeby złożyć Wam życzenia. W tym roku wysłałam tylko 6 kartek świątecznych oraz odwiedziłam wszystkich sąsiadów i przyjaciół z małymi prezentami. W tym całym szale nie wysłałam ani jednego lakonicznego esemesa z głupim, kopiowanym tekstem wierszyka. Jestem z tego dumna, bo osobiście osoby, na których mi najbardziej zależy obdarowałam i całusem i prezentem. Od kiedy mieszkam w domu jednorodzinnym, a minęło już 6 lat, odwiedzamy się z sąsiadami i obdarowujemy prezentami własnej produkcji. Czasem też coś kupujemy, ale ja zawsze stawiam na produkcję własną.  W tym roku dawałam deseczki z sentencjami, które sama wypaliłam wypalarką do drewna, korkowe choineczki oraz maślane ciasteczka i pierniczki, które piekłam z Natalią hurtowo. Były też słoiki z cukrem, cynamonem i wanilią, wszystko pięknie zapakowane w jutę i kokardki. I nie zrobiłam ani jednego zdjęcia. Nie mam zdjęć prezentów, nie mam zdjęć z Wigilii, ani reszty świąt, nie miałam czasu, wcale nie pamiętałam o aparacie.
Wigilia była dla mnie bardzo magiczna, skupiałam się na bliskich, na ich oczach i duszach, na ich uśmiechach i nastrojach. Pierwsza wspólna wigilia od śmierci mojego męża. Byli rodzice mojego męża, była mama mojego przyszłego męża i my. Po tak wielkiej stracie, zebraliśmy się razem by tworzyć nową kochającą się rodzinę. Nie obyło się bez łez i smutku, emocji i śmiechu. Było dziwnie i pięknie zarazem...oraz smacznie...

Dzisiaj spędziłam w domu, bo dzieci się pochorowały. Na tą chwilę już wszystko dobrze, a ja po nie przespanej nocy zabrałam się za pisanie nowej bajki, która ma się ukazać w lutym. W sumie będzie to już czwarta część:)

Zebrałam też grudniowe książki. Moje zakupy oraz prezenty, czekają na mnie, a ja już nie mogę się doczekać kiedy się za nie zabiorę.


Przekrój tytułów maksymalny od kalendarza na nowy rok, słodkie co nie co, poradniki, po kryminały i łzawe historie. Pozycje na długie zimowe wieczory z kubkiem herbaty. Ciekawa ich jestem bardzo.

Kończy się rok 2015. Dla mnie to bardzo trudny rok, ale taki w którym działy się i dobre rzeczy i złe. Złe bardzo osłabiły moją psychikę na kilka miesięcy, ale kiedy już ogarnęłam je wszystkie i wyszłam z nich bez szwanku, wyciągnęłam wnioski, które staną się mottem na kolejny rok- Nie bać się życia!! Nie bać się  problemów, bo rozwiązania samo przynosi życie. 
Niczego na ten rok nie planuje, będę żyć chwilą i łapać motyle:)
Wam życzę szczęśliwego Nowego Roku!! Łapcie chwile, korzystajcie z życia i patrzcie swoim bliskim w oczy:) 
Buziaki
Basia

czwartek, grudnia 17, 2015

I tak dzień za dniem...

Moje czasoumilacze grudniowe...

Wstaję o 6.30...jest ciemno, ledwo jestem w stanie otworzyć oczy, ale cudowna kawa o zapachu np. ciasteczek migdałowych, stawia mnie na nogi...staram się minimum dwa razy w tygodniu poćwiczyć na siłowni:)potem praca...
a kiedy wracam do domu, rozpalam wszystkie światełka, piję gorącą herbatę, wieczorem rozpalamy w kozie, szykujemy grzane wino: do wina wrzucamy pomarańcze, jabłka, goździki, cynamon, wanilię, na spód kubeczka warto wrzucić parę rodzynek, które przechowuję w słoiku, zalane spirytusem:) wino smakuje cudownie!! dwa kubeczki i robi się ciepło,


Kalendarz adwentowy to cudowny wynalazek, każdy wieczór mam zajęty z dziećmi. Wykonujemy zadania, jedno po drugim:)


a potem siadam w swoim foteliku i czytam, teraz też szukam dietetycznych przepisów u Moniki Morozowskiej,




I tak dzień za dniem:) z wyskokiem na Jarmark:) oczywiście to też było zadanie adwentowe:)


Miłego dnia;)



czwartek, grudnia 10, 2015

Sesja świąteczna 2015

 Wkręciłam się w te świąteczne przygotowania. W nakręcanie atmosfery, w tworzenie nastroju, prezenty. Dziwne to biorąc pod uwagę fakt, że jeszcze rok temu wręcz nienawidziłam świąt... Jaka zmiana musiała nastąpić w mojej psychice, żeby być tak skrajnym? nie ma dnia, żebym do domu nie wróciła z jakąś dziwną ozdobą, prezentem albo po świątecznej kawie. W sobotę piekłam z dziećmi u przyjaciółki pierniczki. W sumie pierwszy raz poza domem, śmiechu było sporo, nie moja kuchenka, nie mój blat, ale warto było, atmosfera cudowna. Za rok powtarzamy tradycje!! Do domu wróciłam z dwoma pojemnikami pierniczków!! Tu zdjęcie z mojego przepiśnika, który niestety rozpadł się na trzy części. Pora zabrać się za nowy zeszyt i nowe wpisy.



 Upiekę jeszcze ciasteczka jako dodatek do prezentów, wykonujemy również ozdoby z korka :) jako dodatek do ciastek i świątecznych kartek dla sąsiadów i przyjaciół.


Mieliśmy też sesje świąteczną. Magiczna zabawa, bo jak to inaczej nazwać skoro w listopadzie robimy zdjęcia na Boże Narodzenie? Jednak się udało!! Sesja w naszym domu:) z naszymi dekoracjami i sercem:) Zdjęcia posłużą do prezentów dla dziadków, którzy dostaną świąteczne kalendarze z naszymi fotografiami!!!













Prawie wszystkie prezenty zakupione:) i to jest dla mnie szczyt planowania świątecznego:))

Buziaki Mikołajkowe
Basia