poniedziałek, listopada 14, 2016

Ja lubię poniedziałki, a Ty?

Poniedziałek




Jeszcze dwa lata temu poniedziałek już w niedzielę wieczorem napawał mnie lękiem i strachem. Było to bardzo męczące dla mnie i moich bliskich. W niedzielę około 20 zaczynał mnie boleć brzuch i dostawałam nerwów. Wszystko mnie irytowało, wypadało z rąk, które mi się ciągle pociły. Byłam jak zaszczuty pies. Miałam dość. Postanowiłam polubić poniedziałek, oswoić go. Zaczęłam od tego, że wyszukałam same pozytywy tego pierwszego dnia tygodnia. Kolejnym etapem znalezienie powodów stresu. Moim ewidentnie była niska samoocena jeśli chodzi moje kwalifikacje w pracy. Wraz z długością stażu, ale też ogromną ilością szkoleń, na które się zapisałam po mniej więcej roku poczułam się na swoim stanowisku bardzo dobrze. Każdy kolejny mały sukces świętowałam- czyli nagradzałam sama siebie. Ponadto wprowadziłam do swojego harmonogramu w poniedziałek nowe nawyki. Między innymi jest to kawa na mieście albo zakup  nowej książki. Uwielbiam, te nagrody,dlatego czekam na te chwile samej ze sobą już w niedzielę wieczorem po całym weekendzie z dziećmi. Poniedziałek to również dzień, w którym planuje najczęściej czas na mój samorozwój,  To w tym dniu staram się pisać na blogu, to w tym dniu odsłuchuje webinary i szkolenia. Generalnie poniedziałek to mój dzień. Najważniejsze jednak jest to, że udało mi się wyeliminować powód mojego stresu czy strachu, kiedy na horyzoncie pojawiał się poniedziałek. Podniosłam swoje kwalifikacje, zdobyłam wiedzę i doświadczenie, nawiązałam relacje z ludźmi. Teraz chodzę do pracy z uśmiechem na twarzy. Planuje swój dzień tak by czerpać z niego przyjemność. Zrób to samo:)

1. Znajdź to coś co sprawia, że nie lubisz poniedziałku czy weekendu, a może środy?
2. Wyeliminuj ten powód, podnieś kwalifikacje, jeśli chodzi o pracę lub zmień pracę. Jeśli chodzi o relacje z rodziną popracuj nad nimi.
3. Zaplanuj w swoim harmonogramie to co lubisz robić, to co sprawia Ci przyjemność, to co będzie tylko dla Ciebie.
4. Wprowadź nowe nawyki i zwyczaje, celebruj ten dzień.

Wszystko to sprawi, iż zmienią Ci się wspomnienia dotyczące np. poniedziałku. Po jakimś czasie zacznie Ci się kojarzyć z miłym dniem. Zmienisz schemat myślenia.

My Polacy uwielbiamy narzekać, podobno listopad jest takim miesiącem, który ma najgorsze skojarzenia. zupełnie tego nie rozumiem. W listopadzie dzieje się wiele interesujących rzeczy, ma on tyle pozytywnych cech. U nas np. na stałe rozpalamy w kozie, uwielbiam widok płomieni, w domu pojawia się mnóstwo świeczek, szybko robi się ciemno i przytulnie, robimy grzańca, topimy czekoladę i robimy grzane wino. W listopadzie mogę zakładać codziennie inną czapkę, codziennie inny szalik, długie sukienki itp. najbardziej jednak lubię mgły o  poranku i wieczorem. Jasne, że jest szaro, ciemno i zimno...ale to tylko parę mało miłych stwierdzeń. Po co skupiać się na nich?



Tu moje leczenie obrazami, do tego dochodzi magia drzew, uwielbiam się do nich przytulać.

Miłego Poniedziałku!!!
Basia

sobota, listopada 12, 2016

Życie drzewa...

Umarło drzewo i padło na ziemię, zapłakał po nim wiatr i deszcz. 
Wtuliło się mocno w leżące liście, zlitował się nad nim zielony mech.
Oplótł je ciepłą kołderką i pozwolił nadal być potrzebnym. 



-Czy każde drzewo tak ma? Czy tylko ja?
Zamartwia się stare drzewo. 
-Rosłem tu tyle lat, aż padłem jak spróchniały pień. Pamiętam te czasy cudowne, gdy wszyscy głowę zadzierali, gdy się ze mną witali. Dziś tylko ty mchu zielony jesteś ze mną i o mnie dbasz. Dziękuję Ci, jestem Ci bardzo wdzięczny. 

Chroń mnie, baw mnie...żyjmy razem tu w samym sercu lasu...

wtorek, listopada 08, 2016

Jesienna, kolorowa włóczęga...

Gdzie warto się wybrać jesienią? Jest wiele pięknych miejsc, ale jeśli potrzebujesz zastrzyku dobrej energii, ferii barw i kolorów to jedź na Kolorowe Jeziorka. Jeszcze żaden las ani góry nie zachwyciły mnie takimi barwami, takimi odcieniami. Przepiękne miejsce i warto się tam wybrać. Od lat leczę swoją zbolałą duszę obrazami, tutaj na Kolorowych Jeziorkach dostałam zastrzyk dobrej energii, który jest wręcz bezcenny. Zobaczcie sami:












 Trasa z dwójką fantastycznych dzieci, którym buzia się nie zamyka oraz które cały czas się śmieją zajęła nam dwie strony ok 2 godzin. Wliczamy w to zdjęcia i pozowanie, kawę i herbatę, mamo daj ciastko, mamo zobacz, mamo popatrz, a dlaczego...a najgorsze to Mamo, oni zabrali mi kija!! -pozdrawiam dwóch chłopców, którzy zabrali Natalki kija, którego odłożyła na chwilę, by napić się herbaty...wiecie co było potem? jasne, że się domyślacie...dobrze, że las pełen drzew:)

Na trasie obok nie funkcjonującego po sezonie letnim punktu gastronomicznego spotkaliśmy Pana, który sprzedawał kamienie, magnesy na lodówkę, dużo pamiątek i uraczył nas bardzo interesującą historią obiektu. Natalii opowiadał o kamieniach. Ja osobiście wróciłam z branzetką z kamienia zwanego Okiem Tygrysa. Oko Tygrysa dodaje pewności siebie i podnosi wiarę w siebie. Ostatnio znowu mam z tym problem, więc kamień nie bez powodu mnie przyciągał, Czy ktoś z Was ma na jego temat jakieś wiadomości? Dla mnie to była miłość od pierwszego wejrzenia, czułam przyciąganie...pierwszy raz w życiu miałam coś takiego:)

Kto powiedział, że zwiedzać należy tylko latem czy wiosną? Ja bardzo lubię wybrać się na wycieczkę właśnie kiedy jest zimno. Zwiedzanie ruin zamków zimą ma swoje walory, wszystko bowiem później smakuje wyśmienicie:) Do tego jest mało ludzi, wszędzie można spokojnie wejść i nie stać w kolejkach. Pojechaliśmy oczywiście na obiad do Baru Skerco w Kamiennej Górze, na placek po węgiersku, schabowego, ruskie pierogi i smażonego sandacza...wszyscy wyszliśmy najedzeni, a jedzenie było pyszne i domowe:) Polecam.

Niedziela minęła nam pod hasłem Kolorowe Jeziorka i powiem Wam, że niedziela przed Wszystkimi Świętymi to czas idealny na takie zwiedzanie:) było mało ludzi i spokojnie można było robić piękne zdjęcia.



Mamo, gdzie teraz pojedziemy?  :) dobra coś się wymyśli:) a może Wy coś nam polecicie na jednodniową wycieczkę?


Miłego dnia:)

środa, listopada 02, 2016

Tęsknijmy rozsądnie...

Kolejny październik stał się historią, wspomnieniem, snem...
Spadają liście kończąc swój żywot, przekwitają zmęczone kwiaty...
Noc staje się dniem...
Sen przechodzi w jawę...
Wszystko ma swój początek i koniec.
Mój syn nie chce już rozmawiać o śmierci, o umieraniu, o chorobie...Na widok artykułu o chorym maluszku płacze i oddaje swoje pieniądze, prosząc wpłać ode mnie.
Ma dopiero 12 lat  i przeżył śmierć ojca...nie pamięta go już prawie wcale, prawie nie gniewa się już na Boga, ja jako jedyna kojarzę mu się z bezpieczeństwem i szczęściem...Prawda jest taka, że nigdy nie naprawię jego dzieciństwa...Wszyscy o ojcu mówią mu same dobre rzeczy, a on żyje tu myśląc jak idealnego ojca stracił...jak sam nigdy tak idealny nie jest...Nie róbmy tego dzieciom, nie róbmy tego sobie. Kochajmy ludzi tak szybko odchodzą, pamiętajmy ich w pęłnej krasie, nie twórzmy mitów i pieśni pochwalnych...dajmy im odejść w spokoju...wiem co mówię wygrałam z ideałem mojej matki dopiero 10 lat temu. jak jej nie mogłam dorównać płakałam i wkurzałam się. Dziś jestem już doświadczona, wiem że ona nie była idealną matką... ja nie jestem i nie muszę nią być. Mój syn tez nie miał idealnego ojca...i mu o tym  mówię...
Tracimy ludzi z naszego życia, pamiętajmy ich takich jakimi byli, bądźmy uczciwi w stosunku do nich i do siebie...

tęsknijmy rozsądnie...

wtorek, października 25, 2016

Zatrzymać jesień...


Kiedy byłam małą dziewczynką...
byłam z mamą na jesiennym spacerze, zbierałam kasztany i suche kolorowe liście, suche zwiędnięte kwiaty...wróciłyśmy do domu z małymi bukietami...mama wpadła na pomysł, że zrobimy suche bukiety, które będą z nami całą zimę.
Wtedy 30 lat temu nie było zielonej gąbki, piękne naczynia też nie były łatwo dostępne. W domu mieliśmy tylko gliniane filiżanki. Wypełniłyśmy je plasteliną i w tą brunatną maź wkładałyśmy kwiaty i liście. Powstało 6 bukiecików, które dostały moje siostry, mama i ciocia. Jeszcze po śmierci mamy znalazłam jeden w piwnicy z samymi suchymi gałązkami. W mojej pamięci skutecznie zatrzymałyśmy jesień...i troszkę mamy...
Przedstawiam Wam moją filiżankę, jest ogromna i wyszukana na wyprzedaży, a w niej skarby mojego ogrodu...zostaną z nami całą zimę i pewnie wczesną wiosnę...
Do naczynia włożyłam gąbkę do suszu ( do kupienia w każdej kwiaciarni) a potem hulaj dusza:)







Mam w domu małą dziewczynkę z którą takie bukiety w filiżankach będę robić:)

Kiedy mam problemy uciekam do terapii manualnej. Choć teraz moje problemy są małe i dam sobie z nimi radę, to właśnie takie jesienne dekoracje do domu uwalniają mnie ze stresu. Najważniejsze jest to, aby nie siedzieć i nie zamartwiać się cały czas. Wyjdź na spacer, posłuchaj muzyki, zatańcz, przytul się do dzieci, przyjaciółki czy psa, popracuj głową, rękoma, stwórz coś, zaprojektuj NIE DAJ SIĘ!!
Zbliża się listopad i będzie szaro i buro...NIE DAJ SIĘ!! Masz wybór!! Wybierz mądrze!!

Buziaki choć za oknem deszcz u nas jesienne słońce:) a u Ciebie?

Miłego popołudnia
Basia 

czwartek, października 20, 2016

Usiadłam na podłodze i nie płakałam...

Z poziomu podłogi wszystko wygląda inaczej...



Dobra powiem to o czym wiedzą wszyscy moi bliscy. Jestem straszna, bo jak coś sobie zaplanuje to tak ma być i koniec kropka. Nie ma u mnie miejsca na spontaniczne niespodzianki, na zrywy, na wyjazdy na spontanie, na ucieczkę z pracy itp. Planuje, często w głowie, często nie zapisuje, bo pamięć mam absolutną. Pamiętam datę mojego przeglądu auta, przeglądu męża. Pamiętam dzień i godzinę umówionego spotkania...Ostatnio jednak pracuję nad sobą i chcę być bardziej spontaniczna. Chcę zmiękczyć atmosferę w domu, bo pytanie przy śniadaniu jakie masz plany na dziś, zasępia mojego męża. Moje dzieci na tym korzystają, bo wiedzą, że mama  pamięta o karate, sprawdzianie, bibliotece, urodzinach koleżanki, psie, praniu i gotowaniu...zatem one nie muszą. Kiedy dałam sobie więcej luzu i pół roku temu zaniechałam kalendarza papierowego, bo ciężki i nosić mi się go nie chce i zaczęłam wszystko zapisywać w telefonie, a do tego zsynchronizowałam kalendarz z męża... zaczął się horror:) ja na luzie i na spontanie zapominam nawet o tym o czym pamiętam. Mylę godziny, spóźniam się, a to u mnie się nie zdarza!! Ten tydzień to jakaś czarna seria. Nic od poniedziałku, ale to nic mi się nie udaje. Wszystkie spotkania jakie zaplanowałam nie doszły do skutku albo nie dały efektu. Dziś rano kiedy już siedziałam w samochodzie gotowa wyjechać na bardzo ważne dla mnie spotkanie, na które czekałam miesiąc dostałam esemesa pt. nie mogę się z Tobą spotkać. No i co? Wróciłam do domu i prawie się rozpłakałam. Zaległam w salonie na kanapie, a mój mąż widząc mój stan i przewidując moją histerię, włączył płytę Pietruchy, usiadł koło mnie i przesłał mi energię. Wyciszyłam się. Zaparzyłam kawę i postanowiłam wycisnąć z tego poranka co się da. Praca nad sobą daje mi wybór, to ode mnie zależy jak podejdę do wolnych dwóch godzin. W ten sposób wypiłam kawę o 9 rano w środku tygodnia z mężem, czyż to nie prezent? Z perspektywy mojej podłogi wszystko wyglądało inaczej. Nawet jesienny deszcz na tarasie nie wydał mi się taki zły...





Czasami trzeba usiąść na podłodze, żeby obejrzeć świat oczami dziecka, a wtedy okazuje się, że jest on piękny.

Miłego dnia:)

wtorek, października 18, 2016

Masz wybór...



Mamo jakbyś chciała żyć?

Obierałam ziemniaki na obiad, kiedy moja córeczka zaskoczyła mnie swoim pytaniem.
Brudne ręce, zmęczenie po dniu pracy, szara pogoda za oknem, czy tak chcę żyć i postrzegać moją rzeczywistość? Co ja mam temu dziecku powiedzieć?

Mamo, no odpowiesz mi na moje pytanie?

A...córeczko po co Ci ta wiedza? Cisnęło mi się na usta, no i co ja mam  jej odpowiedzieć. Prawda jest taka, że moje życie żyje własnym życiem od momentu kiedy skończyłam 23 lata. Wszystko to co się działo w moim życiu było jakieś takie niezaplanowane, ja nie miałam planu na życie, a nawet jak miałam jakieś marzenia to życie i tak je zweryfikowało...

PIĘKNIE...tak kochanie chciałabym żyć pięknie...

Natala jest mega inteligentna, stała przede mną patrząc mi w oczy, przekrzywiła główkę jak kanarek...o co mamie chodzi?

Umyłam ręce i wstawiłam ziemniaki na obiad...

Zastanawiasz się o co mi kochanie chodzi? Zobacz to jest tak...Stoję tu po całym dniu zmęczona i znudzona obieram paskudne, brudne ziemniaki, których nie lubię, wiesz że wole kasze...ale wy uwielbiacie ziemniaki. Pogoda jest paskudna, zimno, szaro i deszczowo. Przecież nie mam powodu, żeby się cieszyć...

Jednak, gdybym chciała zobaczyć swoją sytuację jako piękną, czy mogłabym opowiedzieć o tym inaczej? Chcesz zobaczyć to inaczej? To posłuchaj: wróciłam do domu z pracy, którą lubię, która daje mi wolność, która daje mi poczucie bezpieczeństwa, z pracy w której spotykam wielu miłych ludzi, do mojego domu, do dzieci, które kocham ponad wszystko, wróciłam i przygotowuje dla nich obiad, obieram z miłością matki ziemniaki, chociaż sama ich nie lubię, pocieszam się za to, że jutro będzie moja ulubiona kasza:) mam czas spokojnie wstawiam ziemniaki, spoglądam za okno, a tam w moim ogrodzie, piękne barwy jesieni, złote brzozy, moje ukochane trawy, kot na tarasie prosi, żeby go wpuścić. Za nim postawię na stole obiad wypije spokojnie kawę i odpowiem na wszystkie pytania jakie odpowie mi moja córeczka. Lepiej?

Pięknie mamo!! Zobacz to jest tak jak ze Świętym Mikołajem!! Ja też chcę mieć piękne święta i czuć cudowny nastrój dlatego nie słucham moich kolegów i wierzę w Mikołaja. Mam w sercu piękne wspomnienia i czekam na kolejne święta.

Mamo ja też chcę żyć pięknie...

obróciła się na pięcie i poszła do swoich zadań, a ja w spokoju wypiłam kawę, patrząc na mój ogród. Mieszkam w moim domu już 7 lat i do tej pory nie mam zasłon!  i jest pięknie...( w bloku nie miałam zasłon w kuchni, bo tam miałam widok na ogromne topole). Moja była teściowa dostawała szału, bo nigdzie nie mieliśmy firanek, w sypialniach były tylko zasłony i tak zostało dziś...

Po co ja to Wam piszę? Pamiętajcie zawsze mamy wybór !! Na wszystko można spojrzeć inaczej, wszystko można powiedzieć inaczej, wszystko można poczuć inaczej.  To nasz wybór jak chcemy postrzegać nasze życie...





Pozdrawiam z mojego osobistego lasu:)

Basia

poniedziałek, października 10, 2016

Szczęśliwe ciastka:)

Moje dzieciństwo to zapach pieczonych ciast. W każdą niedzielę budził mnie zapach drożdżówki, rogalików, babki piaskowej lub innych pyszności. Ciasto na niedzielę było zawsze, a mama wstawała skoro świt i piekła. Jeszcze parę lat temu moim marzeniem było dać dzieciom podobne wspomnienia. Dlatego zrywałam się i piekłam w niedziele drożdżowe...w tym czasie nikt tego nie doceniał, dzieci były za małe, a mąż nie przepadał za ciastem. Potem odpuściłam, bo dla mnie to też nie była przyjemność, zwłaszcza że moje umiejętności doceniali znajomi, a nie rodzina.  Teraz piekę ciastka i ciasta tylko wtedy, gdy ja mam na to ochotę:) albo ktoś mnie o to poprosi. W niedzielę wstałam o 5.30 było jeszcze ciemno, gdy rozkładałam matę do jogi. Potem nagle zrobiło się jasno i zaczęły śpiewać ptaki. Nastawiłam wodę i wycisnęłam sok z cytryny. Stałam w kuchni i patrzyłam na jeszcze zielny las za oknami. Całe te poranne wstawanie kiedy wszyscy śpią, łącznie z psem i kotem, dawno mi się nie przytrafiło:) zapomniałam jaka to przyjemność, jak fantastyczna jest ta cisza i oczekiwanie dnia. Po jodze zawsze jestem rozluźniona i wyciszona, a także kreatywna.  Wyciągnęłam kilogram żytniej mąki, cztery jajka, proszek do pieczenia i masło. Po czterdziestu minutach wyciągnęłam dwie blachy, najprostszych i zdrowych, a do tego mega smacznych ciastek:)



Przepis:
3 szklanki mąki 
4 jajka od szczęśliwych kurek
pół kostki masła
dwie łyżeczki proszku
nie cała szklanka cukru trzcinowego

Składniki wymieszać, z białek ubić pianę i dodać do reszty. Piec ok 15 minut w 180 stopniach.

Mina syna, który wstał jako pierwszy? Bezcenna:) Mamo mogę? Cudowne. Dziś wszyscy zabraliśmy je z domu - dzieci do szkoły, my do pracy...

Szczęśliwe ciastka:)
Udanego tygodnia!!



piątek, października 07, 2016

Naucz się po ciemku żyć...

Latem woda wiedzie prym
a jesienią ciągły dym...
wieczorna mgła okala, poranna rosa zniewala...
grzyby, liście i kasztany oto nasz jesienny świat...kochany...

Przynieś proszę pled dla mamy,
skarpet ciepłych cała masa...
książki, filmy,miłość
nakarm serce czekoladą.

Naucz się po ciemku żyć,
nalej wina,
dodaj czary...
Zaśnij już kochany...przytul się ...

                                                                BGB









czwartek, października 06, 2016

Szczyt Waligóra:) zdobyty!!

Co sprawia, że się kochamy? Co sprawia, że lubimy spędzać razem czas? Kiedy miałam 20 lat wszystkim powtarzałam, że nie lubię dzieci i mieć ich nie będę. Marzyłam o wolności, o czasie i własnej przestrzeni. Marzyłam o podróżach i dobrej zabawie. Tak to było 16 lat temu:) dzisiaj nie wyobrażam sobie życia bez moich dzieci:) są fantastyczne, są urocze:) są moje...przy tym są wkurzające, irytujące, samodzielne i dają mi nieźle popalić. Starszy dorasta i w domu mamy prawdziwego nastolatka, a jego siostra to tylko 3,5 roku różnicy- zaczyna dorastać:) Bardzo mi zależy, aby ten czas był dla nich dobrym wspomnieniem. Nie da się żyć w totalnej ciszy, w idealnej harmonii, z pasją i ogromem miłości w sercu i każdego dnia. Jednak można zawsze próbować:) zawsze:) Próbuję każdego dnia:)  W tygodniu jest pośpiech i na nic nie ma czasu, pośpiech rano, pośpiech po południu, pośpiech wieczorem, żeby spać o odpowiedniej porze. Przychodzi weekend i wtedy można się starać, jest na to czas i chęci.
Dlatego w weekend jemy powolne śniadania i wysypiamy się. Cały tydzień planujemy co będziemy robić w sobotę i niedzielę.  Wszystko po to by z ust dzieci w niedzielę wieczorem padło pytanie: Mamo jakie mamy plany na następny weekend? Dlaczego to dla mnie takie ważne? bo wiem, że jest taka kolej rzeczy, kiedyś po prostu przestaną ze mną spędzać czas z chęcią, wybierając swoich przyjaciół. Nie chcę zatem tracić czasu, chcę być z nimi tak długo jak się da, a potem na tyle na ile będą chciały mnie moje dzieci w dorosłym życiu. Jedno wiem, że będę mnie chciały mieć tak blisko jak dobrze się teraz czują ze mną.  Znam to z autopsji, ja nie byłam mojemu ojcu potrzebna do kochania, potrzebował mnie do sprzątania i pomocy w sklepie...Do dziś mnie nie potrzebuje...i nie ważne jak jest, ważne jak ja to czuję...dzieci czują, a potem dorastają i dalej jeśli nic się nie zmieni, czują się tak samo- kochane lub nie...
W tą niedziele zaplanowaliśmy wycieczkę do schroniska Andrzejówka. Jest to miejsce, w którym byłam pierwszy raz, a słyszałam o nim z tysiąc razy. Wielu moich znajomych jeździło tam na pierwsze narty, potem imprezy i inne zabawy:) chciałam zobaczyć to miejsce z ciekawości. Dojazd łatwy, podjechaliśmy autem pod samo schronisko.  Zapakowaliśmy się w plecaki, kurtki przeciwdeszczowe, w sobotę o 21 piekłam muffiny czekoladowe razem z Natalią oraz kurczaka, postanowiliśmy wypić kawę na szczycie Waligóra, a obiad zjeść przy zamku Radosno.
Ruszyliśmy do góry, szlakiem żółtym na szczyt Waligóra, pogoda była piękna, a trasa? Uf,nie pamiętam bym razem z dziećmi wspinała się tak stromym zboczem!! Nat miała pewne obawy czy jej się uda, po 10 minutach byliśmy cali spoceni i zdyszani, ale to dobrze, bo dzięki przerwom widzieliśmy cudne widoki za naszymi plecami:) Dzieci miały radochę, że hej, a ja no cóż uwielbiam ten rodzaj zmęczenia. Rozmów nie było końca. Jak zawsze się dzieliliśmy na podgrupy, ja z synem córcia z mężem. Powiem Wam, trudne są takie rozmowy:) dzieci mają zupełnie inne podejście do wielu spraw, dla nas są to błahostki, dla nich ich małe dramaty. Staram się jak tylko mogę, być dobrym słuchaczem, staram się im pomagać, a co z tego wyjdzie? jest to inwestycja długoterminowa i Ci co mają dorosłe dzieci wiedzą o tym najlepiej:)




Wdrapywanie zajęło nam ok 25 minut, sam szczyt to po prostu polana. Postanowiliśmy tam przycupnąć i wypić kawę z muffinkami:)










Kolejne 40 minut marszu ze szczytu Waligóra to droga do zamku Radosno, ( ruiny są mało atrakcyjne, ale droga do nich zwłaszcza jesienią jest piękna)





 zjedliśmy tam obiad i wróciliśmy do Andrzejówki,przed powrotem wypiliśmy jeszcze kawę i gorącą czekoladę, a potem ruszyliśmy do domu. Wycieczka jednodniowa, z Wrocławia droga prosta. Dzieci padły, a droga powrotna odbyła się prawie w milczeniu, bo nikt z nas nie miał prawie sił:)W aucie pieściła nasze uszy Julia Pietrucha :




Do tego dzisiaj idziemy na jej koncert!! Już się nie mogę doczekać wieczora:))
Buziaki
Basia

czwartek, września 29, 2016

Zamek Chojnik-zdobyty !!

Całą sobotę spędziliśmy w Jeleniej Górze na Jarmarku Staroci i Osobliwości o którym pisałam tu, a w niedzielę postanowiliśmy wybrać się do Zamku Chojnik. Od trzech lat jeździmy do Jeleniej Góry, zwiedzamy tamtejszą okolicę dość systematycznie i niemal za każdym razem mijaliśmy zbocza, na których dumnie prezentował się Zamek Chojnik. Za każdym razem podnosiliśmy głowy i obiecaliśmy dzieciom, że tak pójdziemy i tam.  Po niesamowitym klimacie Placu Ratuszowego w Jeleniej Górze, po tych setkach mijanych ludzi i fantastycznych stoisk, zachciało się nam troszkę przestrzeni i natury.
Spakowani pożegnaliśmy rodzinkę i ruszyliśmy do Sobieszowa, tam dojechaliśmy do ostatniego parkingu przed zamkiem i o dziwo !! rewelacja !! obsługiwała nas przemiła Pani, która udzieliła nam pełnej i do tego z humorem- informacji turystycznej.Oczywiście wcześniej czytaliśmy w internecie, że szlak czerwony jest łatwy i przyjemny, a czarny ciężki... W sumie nie mieliśmy pojęcia jak pójdziemy. Pani zadecydowała za nas;) jak nie pójdą Państwo czarnym szlakiem, za parking kasuję podwójnie!!! I masz Ci babo placek:) no przecież nie o pieniądze chodzi:) tylko o honor!! Dzieci weszły na Morskie Oko i Czarny Staw to zamku nie zdobędą ?:) !!  Wyposażeni w uśmiechy ruszyliśmy- prosto do kasy po bilety wstępu do Parku Narodowego. Starszy Pan w kasie oczarował Natalkę i  dał jej na kartce zrobić wielką pieczęć.  Szybko straciliśmy płynność oddechu. Do rozwidlenia szlaku nie było jasno powiedziane jak idziemy, aż zobaczyliśmy te skałki!! czarny szlak!! I było pięknie!!










Trasa pięknie opisana, ścieżka edukacyjna interesująca zarówno dla nas dorosłych jak i dzieci, które na głos czytały umieszczone na tablicach teksty informacyjne o lesie, skałach i zwierzętach. 

Po 40 minutach byliśmy w Zamku:) i tu wybaczcie, ale padł mi telefon zupełnie:) i powstały tylko dwa zdjęcia:)  Jednak śmiało mogę powiedzieć, że ruiny zamku  robią wrażenie, to kiedyś musiało być piękne miejsce. Dobrze, że byliśmy tu niemal po sezonie- wczesna jesień:) piękna pogoda, ale już nie tak tłoczno.
W tych smokach się zakochałam!!
Na dziedzińcu można usiąść i wysłuchać lecących opowieści i legend o Zamku i Jego mieszkańcach. 


Przy zamku można kupić pamiątki, u nas to  jak zawsze kolejny magnes na lodówkę. Dzieci obkupiły się drewnianą bronią. Można też napić się kawy w Karczmie albo ruszyć w dół czerwonym szlakiem.  Na końcu tego szlaku znajduje się źródełko Kunegundy, Natalia zbojkotowała źródło tłumacząc, iż Kunegunda to zła kobieta była i woda pewnie też jest niedobra. Kacper nie widział problemu i wodą się opił:) dziwne było tylko to, że potem go lekko mdliło...



Tak byliśmy bardzo głodni!! dlatego nasz wybór padł na Pizzerię u Bazyla!! Kochamy to miejsce i wracamy tam od początku naszych wycieczek. Pizza z pieca najlepsza w regionie:) i do tego zawsze tak samo smakuje!! mają też makarony i sałatki oraz lody, a także pokoje dla wędrowców;)
Tu możecie zobaczyć i menu i galerię zdjęć:) historia samej pizzerii jest niesamowita, ale o to najlepiej zapytać samego właściciela!! 

Wracaliśmy do domu wieczorem, ciemno zrobiło się już koło 19. Jesień czuć było wszędzie. W naszych sercach też, bo przecież już jutro poniedziałek.  Co dała nam taka dwudniowa ucieczka? Oprócz tego, że wydaliśmy trochę pieniędzy? Po pierwsze dalej się docieramy jako rodzina:) po drugie spędzamy ze sobą czas jako zespół. Na szlaku trzeba sobie pomagać, choć ten czarny szlak to łatwizna, były momenty kiedy dzieci musiały liczyć na nas albo na siebie. Do tego dochodzi niemal ciągła rozmowa!! tak rozmawiamy ze sobą ciągle:) i do tego o wszystkim!! Nie brakowało kłótni, fochów, ale też żartów i śmiechu!!

Co trzeba zabrać na taką wycieczkę z całą rodziną? w sumie dzisiaj wszędzie można znaleźć sklepy czynne w niedziele i to do późna, ale dobrze ze sobą zabrać wodę, coś czekoladowego na przegryzkę. plecaki na zbiory- wracamy o tej porze z liśćmi i trawami, kasztanami oraz zakupionymi pamiątkami.  Mapa zawsze papierowa powinna być w naszym plecaku, bo nigdy nie wiadomo kiedy padnie nam internet, jesienią przydadzą się nam kurtki przeciw deszczowe, a dla amatorów widoków lornetka:) 

Niedzielę zakończyliśmy pytaniem Kacpra: To jakie mamy plany na następny weekend?:)

Być razem:)

Miłego dnia!!