Magiczne, letnie opowiadania, czyli gościnne wpisy na moim blogu:) Małgorzata Siemianowska

 Pewnego popołudnia wpadłam na pomysł, aby zaprosić do zabawy kilka koleżanek po piórze. Dziewczyny, które kochają pisanie i piszą też zawodowo. Postawiłam przed nimi wyzwanie- letnie, choć trochę magiczne opowiadanie wakacyjne. Oczywiście z przesłaniem. 

Jako pierwsza swoje opowiadanie zaprezentuje Małgorzata Siemianowska. Kobieta, która jest dla mnie jak młodsza siostra. Jak zaczynamy rozmawiać nie ma końca. Jak zaczynamy jakiś projekt, tak jak rok temu felietony #fusamitreściowane bawimy się słowami i przemycamy miedzy zdaniami swoje poglądy.

Gosia jest wyjątkowa, wrażliwa i empatyczna. Sprawcza i działająca, a przy tym efemeryczna i tajemnicza. Takie ciastko z niespodzianką. Zawsze mnie zaskakuje.

Podjęła rękawicę i wysłała mi swoje opowiadanie. Zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Lubię takie teksty i czytanie tego do porannej kawy sprawiło mi ogromną frajdę. Zwłaszcza, że odnalazłam w nim jedno swoje zdanie. 

Teraz wącham lawendę. Wszystko jest iluzją. Magią. Chwilą. Naszym postrzeganiem. Gonimy w piętkę za szczęściem i spełnieniem.

Rozgość się i baw słowem. Gosia tu miesza idealnie. Jak letni drink...



Małgorzata Siemianowska

„Nie wszystko wymaga reakcji”


        Marię obudził dźwięk trzaskających drzwi. Jednym okiem spojrzała na zegarek, na którym widniała 4.44. Słyszała miarowe chrapanie Piotra obok, więc to mogła być tylko Estera. Co ją podkusiło, żeby trzeciej córce dać imię, które ze staroperskiego oznacza „Gwiazdę”? Bóg jeden wie lub tylko on tak chciał. A dałby, żeby sen to był tylko. Najmłodsza latorośl Kowalskich, przez męskich osobników w przedziale wiekowym 17-35, zapewne zwana „Dziecinką”, po każdym powrocie z rajdów klubowych – bynajmniej nie klubu PTTK, choć nóg niestrudzenie przez całą używała do przemieszczania się po parkiecie i dobrze, że tylko do tego – dziwnym trafem zapominała ręką trafić na klamkę i nacisnąć ją, by zamknąć jak Bóg przykazał, czyli po cichu, co by rodziciele jej jeszcze ze cztery kwadranse spokojnie głowy na poduszkach trzymać mogli. Nie żeby jakoś specjalnie przez życie wyczerpani byli, bo oboje jako najemnicy pracowali etatowe godziny, sto procent normy robiąc. Maria w bibliotece, bo kochała książki zanim pokochała Piotra. On zaś na poczcie, gdzie zaczynał od lizania znaczków, którą to umiejętność mógł wykorzystać po roku, bibliotekarską muszelkę jeszcze nie żony oczyszczając na Stogach, a konkretniej wydmach plaży dla nudystów, gdzie zapuszczali żurawia albo najodważniejsi, albo ci, którzy innego wyjścia nie mieli. Po pięćdziesięciu latach w jednym ciele Maria wiedziała, że z dalszego spania nici. Mogłaby utkać w myślach piękną kołderkę, którą otuliwszy siebie i dodatkowe kilogramy niczym puch marny z nieba sfruniony, przyklepałaby zadbaną prawicą z lakierem cielistym na palcach położonym. Jednakże czasami jeszcze włączał jej się program z domu wyniesiony, by nie zapomniała o obowiązkach matki i żony. Szczególnie w sobotę, gdyż powszechnie wiadomo, że trzeba pokazać światu SIEBIE- KOBIETĘ ZAROBIONĄ. Po tygodniu przebywania pośród książek z literek i wypełnionych cnotami bohaterek, każda kobieta w polskim domu miała wszystko robić sama, zadań nie przydzielając nikomu. Otworzywszy oko drugie i spojrzawszy na lubego, który był również testerem jedynym do ten-tego, usłuchała głosu z wnętrza (czułego) i rzekła pod nosem: „Dzisiaj nic z tego”. Krótkie, acz rzeczowe zdanie jak prysznic zimny podziałało i Maria zwlekła z łóżka gdańszczanki ciało. Kawa, kanapki, książka, apteczka – dopiero przed obiadem wrócę do łóżeczka. Kocyk, batonik, ręcznik i woda – tęcza życiu koloru doda. Tak spakowana jednoślad z przedpokoju wyprowadziła i jak zwykle w sobotę – bez opamiętania się puściła! Ruszyła z Matki Polki, gdzie zamieszkali po ślubie, niepewna czy żart mężowski dobrze rozumie. Prawda jednak okazała się naga, ale Maria - na przekór adresowi - Matką Polką zostać nie chciała, choć córki trzy urodziła. Słysząc pierwszy krzyk każdej postanowiła, że wiedzą rzetelną będzie je karmiła. I masz teraz, babo placek – Gwiazda Zaranna wraca do domu, trzaskając drzwiami, a myśli pewne, że nie wadząc nikomu. Śmignęła Jaśkową Doliną przez park. Mijając Górzynę pomyślała jak dobrze rano zobaczyć ptaszynę a nie człowieka innego lub pijaczka spod sklepu osiedlowego. Przejechała Wileńską i Jarową, a po wynurzeniu się z kąpieli w parku, minęła akademię, gdzie sprawdzają skręcenie karku. Na karku własnego złamanie bynajmniej nie jechała. Przejażdżka rowerem, cosobotnia, wiele frajdy jej sprawiała. Nadłożyła przez Aniołki drogi, żeby za wcześnie nie dotrzeć na Stogi. Kto wie, kogo tak wcześnie by spotkać miała – niektórym właśnie tam się impreza przedłużała. Przystanęła na Orzeszkowej przed frontem willi zabytkowej. Już dawno chciała zobaczyć ją z bliska, bo mówili ludziska, że niszczeje okrutnie od czasu, gdy właściciele z Bursztynowego Złota wdali się w kłótnię i solidarnie – po wywiezieniu sztabek – siedzieli zawiązani w płótnie. Nie miał szczęścia budynek od początku – postawiony przez Żyda, któremu majątku zabrać nie pozwolono, gdy uciekał przed wojną na niewiadome łono. Na siedzibę SS willę zaanektowano, potem kolejno w niej urządzano: obsługę stołówek milicji, wytrzeźwiałkę i przychodnię, by na sam koniec niszczała w prywatnych, choć bursztynem niby posypanych, rękach. Zamyśliła się, nie zauważając, że na plażę dotarła szybciej niby zając. Zeszła z roweru i poszła w kierunku wschodu. Wiatr wiał od morza, naturalnie. Z daleka już spostrzegła, że jej jaskinia jest zajęta. Zaperzyła się, bo skoro jej, to kto - do licha i stu piorunów – śmiał swoją dupę (daj Boże tylko jedną!) tam posadzić? Im bliżej miejsca mocy była, tym bardziej miękła. Nie, że w kolanach, bo to już za nią! Miękło matczyne serce, widząc, jaki anioł zwinięty w kłębek na piasku leży. Czy godzi się Marii dokonać grabieży snu tegoż dziecięcia? Aniż to anioł ani dziecię, ino niewiasta młoda, w wieku jej Gwiazdy i pewnie głowę chowa, by wrócić do domu, a tam –trzaskając drzwiami – kolejną matkę o tak wczesnej porze zranić. No nic to – myśli – plaży starczy dla nas obu. I rozbiła sobotni obóz. Wyjęła kawę, kanapki i lekturę, by zapomnieć o świecie w ogóle. Po stronach kilkudziesięciu niewygodnie chyba zrobiło się dziecięciu, bo przewróciła się na drugi boczek, a ujrzawszy Marię – podskoczyła jak skoczek. Ciekawe, co teraz – przemknęło kobiecie przez głowę.

- Zbłądziłaś, dziewczynko? – zaczęła rozmowę.

– Nie. Nie miałam dokąd pójść – odpowiedziała nastolatka.

Maria westchnęła i odłożyła książkę. Poczęstowała na oko równolatkę swojej Gwiazdy kanapką i kawą, po czym zapatrzyła się w morze, zamieniając w słuch. Dziewczyna mówiła długo, zdaniami wielokrotnie złożonymi, choć językiem prostym i bez wulgarnych ozdobników. Była schludnie ubrana, aż Maria pomyślała, że historia, którą właśnie powierza jej młoda dusza nijak nie koresponduje z jej wyglądem. A o korespondencji Maria wiedziała dużo, bo raz, że mąż całe życie ją obracał, a dwa – sama lubiła pisać długie i pełne emocji listy. Słuchała uważnie i cierpliwie, nie przerywając. Przydały się godziny, które spędziła na zajęciach z NVC. Kiedy Anna skończyła zwierzenia o matce, która jej nie wspiera, nie cieszy się z dokonań, nie okazuje dumy, nie chwali na fejbuku sukcesami córki, no – nie widzi po prostu starań pierworodnej, koronując je pytaniem „I co ja mam zrobić?”. Maria przeniosła wzrok z fal na smutną buzię.

- Z matką? Nic. Nie wszystko wymaga reakcji. Nie musisz gonić za czymś, czego być może nigdy nie dostaniesz, a nawet jak dostaniesz - może nigdy nie da ci szczęścia. Każdego dnia żyj tak, jak Ty pragniesz. Realizuj swoje marzenia, uśmiechaj się do obcych ludzi i podziwiaj swój uśmiech w lustrze. Ty siebie zauważaj i nigdy, przenigdy nie goń za uwagą innych.

Dziewczyna walczyła ze łzami, jednak nie stawiała im oporu jak gdańscy pocztowcy w ’39 i po minucie rozszlochała się, na dobre, zagłuszając morskie fale. Maria rozłożyła ręce w matczynym geście, zasilając dziecko ciepłem serca i ciała. Sięgnęła do plecaka po olejek lawendowy i podała Ani, by się nasmarowała.

- Lawenda uspokaja. Zatrzymaj i używaj, kiedy poczujesz potrzebę. A siebie zawsze stawiaj na pierwszym miejscu, żebyś nie została Matką Polką pełną cnót niewieścich.



Małgorzata Siemianowska – kobieta treściująca, która żadnej wizji się nie boi.
W Fabryce Treści tworzy teksty dodające magii biznesowi i życiu jej Klientów. Zainicjowała i zrealizowała z innymi piszącymi oraz specjalistami od emocji projekty dedykowane kobietom. Przygotowuje platformę szkoleniową, poprzez którą będzie uczyła przedsiębiorcze kobiety, jak mogą magicznie pisać o działaniach biznesowych. Organizuje spotkania dla kobiet piszących poezję. Autorka debiutanckiego tomiku „Dziewczyna z Północy”, w skład którego wchodzi 40 wierszy stworzonych w latach 2000-2020. Dziewczyna z Północy to kobieta poszukująca, która postanawia wynurzyć się głębi nieświadomości, by płynąć z prądem ku magicznemu życiu. Małgorzata uwielbia pisanie ekspresywne, dobre książki, spacery z psem, zanurzanie się w morzu i jeziorze oraz być w nieustannym rozwoju. Ceni w ludziach: szczerość, wrażliwość, mądrość życiową i konsekwencję.
www.malgorzatasiemianowska.pl
www.fabrykatresci.pl


Jeśli opowiadanie Gosi Ci się podobało, ruszyło w Tobie coś ważnego, rozśmieszyło, wkurzyło... zostaw komentarz i powiedz nam o Tym. Jeśli chciałabyś Gosię wesprzeć z zbiórce na jej debiutancki tomik poetycki to zostawiam Ci tu lin do zbiórki! Działajmy i pozwólmy spełnić marzenia tej cudownej dziewczynie!!


Komentarze