Świąteczne urywki 2020 opowiadanie

 Świąteczne urywki 2020

Barbara Grzymkowska-Blok


Chwyciła szalik i założyła na głowę czapkę. Jednym okiem spojrzała w lustro wiszące w korytarzu. Popatrzyła na siebie z aprobatą. W czapce nie widać brudnych włosów, w masce na twarzy nie musiała mieć makijażu. Podkrążone oczy od siedzenia po nocy nad komputerem były jej znakiem charakterystycznym. Listopad się bardzo szybko skończył, zaczął grudzień. Nie była w stanie nawet myśleć o tym co się wydarzy w te święta. Jakie one będą i co będą czuli ci wszyscy ludzie zamknięci w domach. Dobrze, że chociaż żaden idiota nie zamyka lasów. Założyła sprawnie rękawiczki i poprawiła szalik. Do tej pory chodziła w jesiennej kurtce, bo w ciągu dnia było ciepło. O tym, że zima tuż, tuż przypomniały jej zmarznięte kwiaty na balkonie w niedzielę rano. Przyprószone pierwszym śniegiem na tle karkonoskich szczytów. Małe mieszkanie było ciepłe i absolutnie nie miała ochoty z niego wychodzić. Trzy, cztery, pięć stopni, osiem, siedemnaście… dwadzieścia cztery do drzwi. Mieszkanie na półpiętrze w starej kamienicy miało swoje zalety i wady. Zalety, kiedy się śpieszyła, wady, gdy sąsiedzi trzaskali drzwiami. Słyszała każdy stuk w swoim małym trzydziestometrowym domu. Kuchnia z małym pokojem dziennym, mini łazienka i mini sypialnia. Właściciel kamienicy podzielił przed sprzedażą jedno duże mieszkanie na trzy. Kiedyś takie wielkie przestrzenie zajmowały wielopokoleniowe rodziny. Dziś wokół niej mieszkali sami samotni, tak jak ona, ewentualnie krótkoterminowe pary. Jakby ktoś w tej kamienicy pozbył się rodzin z dziećmi.

 Płyn do dezynfekcji nosiła w kieszeni kurtki, jak jej matka kiedyś gaz pieprzowy do obrony. Nocne powroty z pracy, gdzie stała przy taśmie całe życie, bywały niebezpieczne. Mama pracowała w hucie kryształu. Nocny autobus zabierał wszystkich z ostatniej zmiany i zostawiał na środku rynku. Dwie ulice dalej mieszkała całe jej rodzina. Te dwie jeszcze były bezpieczne, ale cała jej dzielnica już nie. Wieczorne powroty zawsze skutkowały jakąś zaczepką. Chociaż nikt teoretycznie swoich nie zaczepiał. Jowita była pyskata i potrafiła się obronić. Uczyła się tego od matki, która była o wiele bardziej harda niż ojciec. Miała też włosy po mamie i długie, kręcone loki.

 Już na ulicy była w stanie ocenić czy dany dzień będzie dla niej dobry. Patrzyła na przechodniów i jeśli ktokolwiek się do niej uśmiechnął w drodze do pracy, brała to za dobry omen. Za wróżbę, za diamentowy poranek. Teraz wystarczy go tylko oszlifować. Zadbać o niego. Jednak bez uśmiechu obcych ludzi, nie potrafiła wykrzesać z siebie entuzjazmu. Podczas ostatnich miesięcy coraz mniej ludzi się do niej uśmiechało. Coraz mniej ludzi patrzyło przed siebie. Maska niemal zasłaniała im to co było najważniejsze. Panikę mieli w oczach, w nosie, w każdym geście. Ona też się bała. Bała, ale przecież nadal udawało jej się utrzymać pracę, była zdrowa, jej rodzina też. Czerwone światło migało całą wieczność. Na pasach o ósmej rano stało obok niej ze dwadzieścia osób. Nikt nie zważał na dystans. Wszyscy szlifowali wzrokiem buty, w uszach mieli słuchawki, na twarzach maski. Każdy marzył, podobnie jak ona, żeby zima już przeszła do historii.

 Po studiach wróciła do domu. Kilka miesięcy poszukiwań skończyło się pracą w zoologicznym. Na co jej było studiować finanse? Rachunkowość? Tu księgowa to zawód wysokiego zaufania społecznego, z polecenia, z ojca na syna. Jedyne rachunki jakie dziś prowadziła to własne wydatki i ewentualnie codzienne zarachowanie zjedzonego pokarmu przez świnki morskie, chomiki, szczury i papugi. Szynszyla niemal nic nie jadła. Mały kameleon po prostu o tej porze żył powietrzem ewentualnie karaczanem albo świerszczem ratował się od totalnej depresji. Lubiła go. Czasem patrzyli na siebie z miłością. Czuła, że była jedynym zwierzęciem, które akceptował w całym stadzie. Lubiła tak o sobie myśleć. Należała do stada zwierząt w zoologicznym. Przyjaźniła się ze świnkami, nawet chomika rozpieszczała. Zwierzęta rzadko znikały. Były jak rezydenci. Klienci za to poszukiwali najlepszej na świecie karmy dla psa, kota, świnki, chomika… na sierść, na krew, na uszy, na zęby… była mistrzynią w dobieraniu karmy. W czasie pierwszego lockdownu jej sklepik pracował normalnie. Za to jej klienci byli przeszczęśliwi, że mogli do niej przyjść i się wygadać, a ci co mieli psa, niemal w euforii przychodzili na zakupy. Miała nawet klientkę, która była przeszczęśliwa, że wysłali ją do domu. Opowiadała, że nigdy nie miała tyle czasu dla siebie, dzieci i męża. Gdyby mogła, to nie wróciłaby już do pracy. Piekła chleb, sprzątała w szafkach, bawiła się z dziećmi, wychodziła z psem codziennie wieczorem. Pod koniec maja przestała przychodzić. Może zachorowała, może jej pies zdechł? Może się rozwiodła i wyprowadziła? Tyle się mówi o przemocy domowej. Lodowata kłódka na kracie znowu przypomniała jej, że już zima. Powietrze było niemal przeźroczyste i mroźne. Z niektórych kominów leciał powoli dym. To u tych bogatszych rodzin palono w piecykach. W tej dzielnicy nie wszyscy mieli ogrzewanie gazowe, większość miała jeszcze stare piece grzewcze. Kiedyś myślała, że to zapach jej dzieciństwa. Dym z komina podczas zimy, przypominał jej dom, mamę i wspólne wieczorne spacery po mieście z chłopakami. Bitwy na śnieżki okraszone były zawsze dymem z komina. Rozczulała się, kiedy czuła ten zapach, do momentu, kiedy okazało się, że to szkodliwy smog. Tak wiele, rzeczy się zmieniło. Dorosłość, w której miała czuć się doskonale, każdego dnia ograbiała ją z dzieciństwa. To ono przecież miało tworzyć podwaliny do „idealnego” życia. Gdy tylko weszła do małego pomieszczenia sklepu zoologicznego w terrariach i klatkach podniósł się rumor. Myszki biegały góra dół, chomik wskoczył na kołowrotek. Zeberki „klikały” ze swoich klatek, w podskokach oglądając co też ich opiekunka wyprawia. Kameleon podniósł łapkę do góry i zastygł w tej pozycji, jego oczy wodziły za nią. Niemal czuła, jak skanuje jej każdy ruch. Szybko zrzuciła ubranie i zaczęła od swoich ulubieńców. Karaczan dla kameleona, nazywała go Klemens. Papugi i Zeberki dostały jako drugie, co wcale nie podobało się myszkom ani szynszyli, która chyba pierwszy raz od jesieni pokazała jakiekolwiek emocje. Nalewała świeżej wody, witała się z każdym, kto chciał pieszczot i głasek. Lubiła te ich wspólne poranki, pełne zaufania zwierząt. Ten nie był jakiś niezwykły. Był nawet całkiem normalny. Po dziesiątej wszystkie zwierzaki były nakarmione, właściciel sklepu przywiózł nowe zasoby karmy oraz ziarno dla ptaków i kulki dla sikorek. Zimą ludzie, którzy kochają zwierzęta dokarmiają ptaszki namiętnie. Nawet Jowita miała na balkonie mały karmnik i codziennie coś tam wrzucała. Choć na piętrze kamienicy nie było zbyt wielu ptaków, miała codziennie kilku gości. „Gość w dom, bóg w dom” mawiała jej babcia, zatem witała sroki i sikorki z uśmiechem. Koło południa spokojnie mogła w końcu wyciągnąć książkę. Doskonale wiedziała, że do piętnastej nikogo nie będzie. Dopiero po pracy właściciele wpadali a to witaminy, a to po kosteczki, po suszone uszy, ewentualnie świerszcze i karaczany. Usiadła z kawą i pogrążyła się w historii kobiet, które nie wiedziały co to jest miłość. Kochać nie umiały, za to malować już tak. Zauroczona smutną historią doceniała te chwile w pracy, kiedy mogła po prostu sobie czytać i cieszyć tym, że nie musi robić niczego czego nie lubi. Być może ta praca nie dawała jej zbyt wielu pieniędzy, ale za to miała spokój, dobrego szefa i ukochane zwierzęta. Po jakimś czasie przyszedł listonosz i zostawił pocztę, a tuż po piętnastej zaczęli przychodzić stali bywalcy. Kiedy mężczyzna z małych chłopcem weszli od razu wiedziała, że są nowi i nigdy u niej nie byli. Chłopiec cały czas trzymał za rękę swego opiekuna, nic nie mówił ani się nie uśmiechał. Był strasznie smutny. Za to ten drugi tryskał humorem i bardzo szeroko się uśmiechał. Ponaglał malca, żeby podchodził do zwierząt i spróbował coś sobie wybrać.

- Może Pani nam pomoże? – zagadnął, gdy tylko do nich podeszła- chcielibyśmy jakieś małe zwierzątko dla tego kawalera.

- Ja nie chcę! – chłopiec niemal w tym samym momencie odpowiedział, a ona tylko wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się do klienta. Akurat dzisiaj musieli przyjść? Nie miała ochoty namawiać jakiegoś dzieciaka na przygarnięcie któregokolwiek ze swych pupili.

- W takim razie nie musisz wcale się decydować. – zaczęła powoli, ale resztki empatii nie pozwalały jej na to by wrócić za ladę. - Za to możesz pomóc mi nakarmić chomika, on ciągle jest głodny - wystawiła do chłopca rękę i razem powędrowali do zwierzątek. Kucając obok siebie spędzili na miłej pogawędce o ziarenkach kilka dobrych minut. Chomik wyjęty z terrarium biegał po małych rączkach i łasił się. Chłopiec na chwilę uśmiechnął się by zaraz wrócić do postawy markotnego malca. Jego smutek nie był naturalny, Jowita czuła podświadomie, że małe zwierzątko miałoby kogoś ważnego mu zastąpić. Małe dzieci, bowiem zawsze cieszyły się na widok jej podopiecznych. Był też pierwszym dzieckiem, które nie chciało wyjść ze sklepu z nowym pupilem. Mężczyzna stał z boku i nie wtrącał się nawet słowem. Obserwował ich. Przyglądał się dziecku i rejestrował nawet najmniejszy ruch jego warg. Szukał uśmiechu niczym złota w potoku. Każdy grymas był dla niego jak skarb.

- To co przyjdziesz jutro, żeby pomóc mi nakarmić Tymoteusza? – zapytała chłopca, gdy ten chwycił mężczyznę za rękę i ciągnął do drzwi. Zatrzymał się w pół kroku. Jeszcze z uniesioną nogą w chwili ucieczki, na zwolnionych obrotach, niemal jak na filmie, obrócił głowę w jej kierunku. Nie powiedział ani słowa, ale jego oczy przez moment, dosłownie na ułamek sekundy zabłysły. Jowita wzruszyła się smutkiem małego dziecka. Pustką w oczach i zapewne w sercu. Przyszło jej do głowy, że może ten malec nie potrzebuje zwierzątka do przytulania. Sam jest jak zwierzątko, które nie ma nikogo, kto by je przytulił. Jak ten chomik w świecie dorosłych, którzy szukają sposobu na bezproblemowe uciszenie jego smutku. Smutek dla wszystkich jest niewygodny. Niby chcą pomóc, jak ten mężczyzna, kimkolwiek jest dla chłopca, chce dla małego dobrze, ale zamiast nowego pupila może lepiej byłoby przytulić dzieciaka? Odprowadziła dziecko wzrokiem i myślami do drzwi, a już po chwili dobierała karmę dla szynszyli i stepowego żółwia. Do siedemnastej miała tylu klientów, że dopiero kiedy zrobiło się pusto w sklepie, zobaczyła, że czas na zamknięcie. Nie spieszyła się do domu, choć po drodze zaczęła mieć ochotę na gorącą herbatę z miodem i cytryną, książkę i łóżko. Niemal od miesiąca każdy dzień wyglądał tak samo. Poranny spacer do pracy, kilka godzin opieki nad zwierzętami, klienci, spacer do domu, łóżko. Niemal nie czuła się zmęczona fizycznie, ale psychicznie już tak. W głowie miała małego gościa. Tymoteusz idealnie się zachowywał, więc wierzyła, że chłopiec wróci. Trochę była zła na siebie, że tak powierzchownie oceniła opiekuna chłopca. A co, jeśli to jego ojciec albo jedyny człowiek, który poświęca młodemu uwagę. Robi to pewnie najlepiej jak umie. Wszyscy mają teraz trudny czas, a jej tak łatwo przyszło ocenić. Jednego była pewna, jeśli chcesz kupić dziecku zwierzątko to musisz pamiętać, że kupujesz je także dla siebie. Dzieci kochają, ale nie potrafią dbać o takie małe istotki. Ten wieczór przeznaczyła na totalne lenistwo. Cokolwiek by zaczęła robić nie sprawiłoby jej przyjemności, w głowie miała cały czas smutne oczy dziecka.

Grudzień pędził z zimnym wiatrem, oprószony mrozem i śniegiem. Kolejne dni Jowita spędziła na dekorowaniu wystawy w sklepiku, przyjmowaniu wielkich worków z karmami. Szykowaniu małych prezentów dla stałych klientów, a także na szperaniu w Internecie i szukaniu podarków dla mamy i siostry. W Boże Narodzenie miały się spotkać we trzy. Od śmierci ojca zawsze były razem, oprócz tego roku, kiedy Hanka wyszła za mąż i jeszcze wierzyła w „dobre teściowe”. Dla mamy miała zestaw ziół do aromaterapii, razem z dyfuzorem i olejkami, nową powieść ulubionej autorki mamy i dużego czekoladowe Mikołaja. Dla siostry kupiła też naturalne kosmetyki i masażer do twarzy. Wszystko popakowane na tydzień przed świętami stało w jej mini salonie. Największy prezent stanowiła wielka butelka whisky dla szwagra. W tym roku nie spotka się z nikim innym na święta, nie czuła takiej potrzeby. Mama i Hanka jej w zupełności wystarczą. Sama zastanawiała się czy to efekt pandemii, że nie ma ochoty na imprezy, czy już zaczyna być „starą Panną”. Kiedyś przeszkadzałaby jej ta ciągła rutyna, ale ostatnio cieszyła ją, uspokajała. Jakby zamknięta w swoim pudełeczku czekała, jak kwiat na wiosnę. Wszyscy teraz tylko na wiosnę czekają, jakby to było wybawienie. Po kilku dniach zapomniała o smutnych oczach malca. Dziesiątki dzieci przewijały się popołudniami przez jej mały sklepik. Doskonale wiedziała, kto po co przychodził. Jedni popatrzeć, inni z nadzieją, że kiedyś uzbierają na chomika albo żółwia. Inni przychodzili po dodatki dla swych przyjaciół, ale wszystkie te dzieci łączyło coś czego nazwać nie potrafiła. Nie było wycieczek szkolnych, nie było grupek podmalowanych i krzykliwych nastolatek. Wpadały pojedyncze, samotne dzieci. Dzieci pandemii. Uciekające sprzed monitora, od krzyków i awantur, ciężkiej ręki, samotności. Małej przestrzeni i braku słońca. Przychodzili na chwilę, jakby ja kradli, a w oczach nie mieli ani radości, ani smutku. Mieli pustkę. Jak ten chłopak co nie chciał słyszeć o chomiku. Był też jeden starszy pan, który przychodził, mimo że jego pies dawno już odszedł na drugą stronę tęczowego mostu. Wiekowy mężczyzna został zupełnie sam, ale na kolejne zwierzę nadal się nie zdecydował. Przychodził chyba tylko dlatego, że mały sklepik, gdzie kupował mu zawsze karmę, był jedynym łącznikiem z ukochanym psiakiem. Jowita dla niego przygotowała specjalny prezent. Namówiła właściciela, żeby na czas świąt oddał w opiekę kilka papug i chomików. Taki mały test próbny. Dla samotnego człowieka przygotowała kanarka. Młody, cudownie cytrynowy okaz, który uwielbiał trele, od kilku tygodni umilał jej poranki. Pomyślała, że starszy Pan się ucieszy i nie myliła się. Na kilka dni przed wigilią sama rozwoziła zwierzaki swoim starym daewoo.  Pan Jan był bardzo wzruszony. Cieszył się, że w te trudne dla niego dni nie będzie sam.  Jasno żółty kanarek patrzył mu w oczy i ćwierkał do niego cały czas. Łzy wzruszenia wycierał ukradkiem, żeby Jowita nie widziała, ale ona dostrzegła je tak samo jak jego smutek w sklepie. Miała nadzieję, że kanarek już u niego zostanie. To przecież idealny kompan dla starszej osoby. Towarzysz poranków, który rozjaśnia każdy pochmurny dzień. Czuła się dobrze z tym co zrobiła dla tego staruszka. Nikt w święta nie powinien być sam, ona ma mamę i jeszcze siostrę, chyba nigdy ich tak nie doceniała, jak w tym świątecznym czasie.

Urywane zdania, słowa, życzeń moc… małe prezenty i podarki… listy zakupów… zakazy, nakazy, ograniczenia… dezynfekcja, maski, oczy załzawione… Jowita miała dość tej zimy… Niech te święta już miną. Niech ten świat przestanie szaleć.

- Dorzuci mi jeszcze Pani tych małych przegryzek. Mój Filuś uwielbia te małe kosteczki. Na święta i jemu się należy. Prawda mój słodki? I jeszcze Pani kupi wątróbki, będziemy paszteciki dla mojego psiunia robić. – pani Halinka, to stała bywalczyni, miała tylko Filusia. Dwie córki wyjechały za granicę. Jedna w Barcelonie, pracowała dla Unii Europejskiej, a druga pół roku temu pojechała za mężem do Austrii.  – Ja to nic nie potrzebuję, nic nie szykuję i choinki też nie ubieram. Dzieci przez tą pandemię, to świństwo co nas wszystkich tak wykańcza… nie przyjadą. Wie Pani? Na komputerze się zobaczymy. Codziennie do nich dzwonię, dzieci widzę przez ekran. Ech co za czasy pani Jowito, co za czasy?

- Dziwne czasy… - Jowita pakowała kolejne przegryzki i szykowała mały podarek dla psa – Pani Halinko, a tu prezent od firmy. Wesołych Świąt!

- E tam, człowiek to już nawet nie wie czego życzyć drugiemu, a ja Pani pożyczę, żeby Pani nigdy sama na starość nie była. Tak jak ja. Całe życie tym dziewczynom oddałam, a teraz tylko ja i pies. Szkoda gadać, szkoda łez. W wigilię idę do sąsiadki na brydża. Pół kamienicy u niej się spotyka. Będziemy świętować, że hej…- spakowała psa pod pachę, a do ręki wzięła papierową torbę z zakupami.  – Żeby Pani nie była samotna tak jak ja… a byłam taka dumna, że mam dzieci za granicą…

 

W sklepie zrobiło się pusto. Tylko papużki nierozłączki dawały o sobie znać. Kameleon spał, a jedyny żółw stepowy kąpał się namiętnie w swym małym baseniku. Wchodził i wychodził, wchodził i wychodził. Czasem spadł z miseczki, na wyściółkę, czasem zanurkował dziobem. Lubiła go obserwować. Uspokajał ją. Ludzie za oknem biegali, pochylali do przodu ciała i głowy, chowając się przed deszczem, czasem płatkami śniegu. W radio leciały smętne nagrania, które w niczym nie oddawały radości tych świąt. Radości, która powinna im towarzyszyć. Czuła się jak w filmie, jakby ktoś przykrył świat ciemną chmurą. Małe lampki na wystawie migotały na czerwono między pustymi akwariami i kuwetami, karmą i miotełkami. Wyciągnęła telefon i postanowiła zadzwonić do jedynej przyjaciółki, jaką miała od dziecka. Jeden sygnał, drugi, trzeci…

- Halo! Jowita? Co słychać? Mów, ja prowadzę auto. Próbuję wydostać się z tej śmierdzącej Warszawy. Wieczorem mam być w domu, w Jeleniej, nie ma szans, dojadę po północy, a śnieg pada, jakiś taki dziwny, lepki…, ale powiem Ci, cholera nie czuję tych świąt, wracam tylko po to by się najeść, mam cały samochód prezentów dla dzieci i mamy. Wszystko kupiłam przez internet. – Irka miała taki słowotok, że Jowita nie miała złudzeń, że nie zapyta jej o zdrowie albo chociaż co u niej słychać. Najpierw musiała wygadać się przyjaciółka, żeby ona mogła coś na koniec powiedzieć.

- Zobaczymy się w pierwszy dzień świąt? Pojedziemy na grzańca albo wiem, wpadnę do Ciebie na noc i będzie jak za dawnych lat…

- Chciałam życzyć Ci zdrowych i wesołych świąt – Jowita w końcu odważyła się odezwać, a perspektywa wspólnej babskiej nocy świątecznej nie zrobiła na niej wrażenia. Nie ciągnęła tematu. – Zdrowa jesteś? Jak wirus, nikt u Ciebie nie choruje?

- No coś Ty, a Ty znasz kogoś, chorego? U nas wszyscy bezobjawowi. Kilka osób na kwarantannie, a tak to luz. Jedna koleżanka z pracy pochowała ojca, ale on zaraził się w pracy. – Irka płynnie przeszła w wyliczanie, kto, gdzie i jak przechodził Covid, potem opowiadała o tym co słyszała i co widziała pod szpitalami w mieście. Jakie kto nagrywał relacje z pobytu, która celebrytka przeszła i jak. A potem nagle się rozłączyła, bo miała drugi telefon. Jowita, parsknęła śmiechem i odłożyła telefon. Jej przyjaciółka miała dar do adaptacji w nowej rzeczywistości. Jej opowieści rodem z gazety, były dla niej ekscytujące, a Jowitę po prostu smuciły. W jej mieście też było dużo chorych, umierali ludzie i to nawet znała osobiście kilka osób. Najbardziej szkoda było jej kierowcy autobusu. Wybrała kolejny numer w telefonie i zadzwoniła do mamy. Ta z kolei była milcząca, więc rozmowa była krótka. Umówiły się na wieczór, na lepienie uszek i pierogów. Danka przyjeżdża w Wigilię i przywozi swoje popisowe ciasta. Odłożyła telefon i zaczęła popołudniowy rytuał karmienia zwierząt. Święta miną. Jak każde, a ona jak każdy w tych czasach miała mieszane uczucia co do tego czasu. Ostatnie sprzątanie klatek i dolanie czystej wody do poidełek. Mruczała zwierzakom kolędy i szukała magii w sobie. To był jedyny sposób jaki znała, żeby poczuć klimat świąt. Dziecięca radość, czas wyczekiwania, małe bombki na choince i aniołki robione na drutach przez babcię. Wspólne pieczenie pierników i tato śpiący w stołowym, przed telewizorem. Mama zawsze cicha i spokojna, nucąca Lulaj, że Jezuniu… a potem wyczekiwane prezenty, pod choinką. Zwykła czekolada cieszyła tak, jak dzisiaj nowy telefon i książki od cioci, która w pewne święta obdarowała obie dziewczyny kilkoma tomami Ani z Zielonego Wzgórza. Nie czekolada z piankami, czy latte z cynamonem. Jej święta to pieczone jabłka z migdałami. Pierniczki z lukrem i smażony karp. Na koniec czysta pościel i sen pachnący kapustą z pierogów, której zapach unosił się w całym domu. Wspólny wieczór przed telewizorem i ta cisza dookoła. Dawno nie wspominała. Dawno nie wracała do tego co było. Kiedy zaczęła myśleć o dzieciństwie jako „słabych czasach”? Kiedy zaczęła wypierać te dobre wspomnienia? Dziecięca radość, została wyparta pragnieniem lepszego życia. Kawą na wynos i świętami w górskiej chacie, jak w teledysku. Zamknęła sklepik w idealnym, świątecznym humorze. Wpadła do domu jak burza, zabrała wszystkie prezenty i ubrania na zmianę. Jutro Wigilia i zaraz po pracy pobiegnie do mamy, pomóc szykować kolację wigilijną. Zwykłą. Z barszczem i uszkami, starą, plastikową choinką, zwykłą mamą, w jej jedynej wyjściowej sukience. Dziś nalepią uszek i pierogów. Właściwie to jedyne jedzenie, które spożywają przez te kilka dni. Szła po wąskich, ciemnych uliczkach. Zaglądała ludziom w okna. Szukała lampek i dekoracji. Uśmiechała się do siebie. Odpaliła nastrój świąteczny po swojemu i doskonale wiedziała, że to jedyna recepta na te święta, które i tak miną. A te za rok były przecież jeszcze większą niewiadomą niż te nadchodzące.

 


Komentarze

Popularne posty