niedziela, października 02, 2011

Podobno słowa niewypowiedziane nie istnieją, dlatego godzinami mówię do siebie...w myślach coby nikt nie wziął mnie za niepoczytalną...choć ostatnio jestem bliska obłędu, bo życie dosyć często przyprawia mnie o zawrót głowy. Zatem godzinami mówię do siebie o swoich marzeniach,aby się stały czymś więcej niż marzeniem...choć pojawiły się stosunkowo niedawno ,bo około trzydziestki...wcześniej żyłam chwilą, codziennością , tym co przyniesie mi dzień, a dawał mi często ogromne ilości nieprzewidywanych niespodzianek, tak że przynosiłam do domu ich całe naręcza...godzinami mówię do dzieci, coby z domu nie wyniosły tylko "noża i widelca", by w głowach i sercach miały coś więcej...czasem mówię do męża, ale ten stosunkowo często woli rozmowę niż mój monolog:))więc monologi prowadzę z psem i kotem, z tym pierwszym by siusiał na dworze, z drugim by nie przynosił do domu martwych ptaków...przynajmniej mam z kim pogadać:)) I ciągle powtarzam jak mantrę "życie zwolnij", a ono dalej pędzi głuche na moje prośby...a dzieci rosną, ja się starzeje, mija kolejna rocznica ślubu, kolejna rocznica śmierci, narodzin,mijają lata kiedy mieszkamy w naszym wymarzonym domu...człowiek zatrzymuje się i duma, rozmyśla, kombinuje, dobrze się czasem zatrzymać tak bez powodu, bez potrzeby i nie żałować godziny spędzonej ze wzrokiem wbitym w dal...


w ramach walki o tzw. widelce zabrałam moje dzieci na kolejny jarmark ekologiczny, który co jesień odbywa się we Wrocławiu...zabrałam pokazałam drewniane domki ,a w nich drewniane łyżki i koła, miód i inne wyroby pszczele, chlebek pachnący swojski, gięte wspaniałej suszonej kiełbasy, produkcje kolczyków, porcelanowych dzwoneczków, drewnianych żółwi, jabłek i gruszek z sadu...szytych lal, robionych sweterków, skórzanych torebek i kapci...tłumaczyłam , że należy wspierać naszych rodzimych producentów, uciekać od chińszczyzny, bo...ziarno zasiałam , tłumacząc co jest piękniejsze,lepsze, smaczniejsze...do domu wróciliśmy z małym chlebkiem za 6 zł, a MC ominęliśmy szerokim łukiem...a potem zahaczyliśmy jeszcze o ogród w Ossolineum  by tam w spokoju odpocząć od miejskiego zgiełku i upału, opowiedziałam dzieciom jak na studiach wzrok traciłam nad starodrukami i powieściami z XIX wieku dla młodych chłopców...by potem pisać o prawdziwej męskiej przyjaźni...zbieraliśmy kasztany i byliśmy blisko siebie...może dzieci wyniosą z domu coś więcej niż tylko widelce...







.
miłej niedzieli Basia

1 komentarz:

Danuta pisze...

Jak ja lubię takie jarmarki. Dzisiaj znów byłam w Zakopanym i dużo czasu spędziłam przy podobnych straganach.Piękna pogoda zachęca do odwiedzania pięknych miejsc w Pięknych Polskich miastach;-)
pozdrawiam