Malowane Życie opowiadanie poboczne

 Kiedy skończyłam Malowane Życie, ta historia jeszcze we mnie buzowała. Dlatego pokusiłam się spisanie wątku pobocznego. Być może jest wstęp do drugiej części. Długo zwlekałam z jego publikacją, ale nadszedł już ten moment. Już nie poprawię ani nie zmienię, jedyne co mogę zrobić to wciągnąć je w kolejną powieść.

Jeśli czytałaś Malowane Życie potraktuj je jako bonus, dodatek...

Jeśli jeszcze nie czytałaś mojej powieści, a sam fragment tego tekstu Cię zainteresował to zapraszam do sklepu po moją książkę. Malowane Życie znajdziesz tutaj https://www.barbaragrzymkowska-blok.pl/sklep/  tuż obok Osobistej Wojny :)





Barbara Grzymkowska-Blok

Historia pewnej filiżanki

Moc pewnej filiżanki ukazała się w małym saloniku Anki - „Lawendowe ustronie”. Nikt kto ją odwiedzał nie przypuszczałby, że może tam znaleźć coś więcej niż pokazywał szyld. Wśród mebli i kwiatów czaiła się magia i tylko Anka nad nią panowała. Czasem bała się, że ktoś może ją usłyszeć i pomyśli, że już do reszty zwariowała. Od dziecka rozmawiała z roślinami, doskonale wiedziała co je trapi i jak im pomóc. Ludzie zawsze przynosili kwiaty do jej babci, a potem do niej. Jednak to wszystko zaczęło się w Liceum, w drugiej klasie. Jej najlepsza przyjaciółka mieszkała pół godziny pociągiem od niej. Mama nie chciała jej puścić, ale w końcu ubłagała ją i pewnej soboty tuż po obiedzie, wsiadła do pociągu, który miał ją zawieść do Marianny. We dwie w liceum tworzyły fantastyczny zespół - Anna i Marianna. Jedna wymyślała, a druga realizowała pomysły pierwszej. Uzupełniały się idealnie. Kochały, jak siostry. W sumie tak było do dziś. Była jesień i pociąg jechał przez las. Po pół godzinie zatrzymał się w polu. Ania nigdy wcześniej sama nie jechała. Nikt nie wysiadał, ale ona czuła, że powinna opuścić pociąg. Szarpała drzwi, zdenerwowana. Podbiegła na drugi koniec wagonu i kiedy w końcu udało jej się wyskoczyć, pociąg ruszył. Pole okazało się małym dwutorowym peronem. Jednak do znaku z nazwą przystanku miała koło dwustu metrów. Wyskoczyła na drugi tor i była pewna, że gdyby jechał tam inny pociąg już by nie żyła. Serce biło jej jak oszalałe, ale rozum zdawał się jej nie opuszczać. Rozejrzała się dookoła i jak tylko jej pociąg odjechała zeszła z torowiska. W tym samym momencie zobaczyła, że znak jest dużo dalej niż wysiadła. Podobnie jak mały, wąski chodnik peronu. W tej części pociągu, w której jechała nie miała szans, żeby zobaczyć, że to już czas na wysiadanie. Gdyby nie posłuchała intuicji pewnie pojechałaby dalej. Cały chodnik pokryty był żółtymi liśćmi klonu. Słońce pięknie świeciło i to do niego Anka wysłała swoje myśli wdzięczności.  Miała dopiero siedemnaście lat, a przeczucia już kilka razy uratowały jej życie albo chociaż ułatwiły. Jednak to były tylko chwile, pewne zdarzenia, które ulatywały i nie zostawiały w jej świadomości tego co najważniejsze. To dopiero miało nadejść z czasem, wiekiem i zdarzeniami. Miało się wypełnić, kiedy będzie gotowa.

To właśnie filiżanka dała jej poczucie, że zaczyna się przemiana. Marianna kilka dni wcześniej przywiozła jej do Lawendowego Ustronia parę kartonów porcelany po babci. W deszczowe popołudnie Anka rozpakowywała wszystkie czajniczki, talerze oraz patery. Układała je na małym stoliku przy pięknej sofie, którą odnowiła zeszłej wiosny. W jej małym świecie było sucho, czysto i pachnąco. Paliły się świeczki i grała cichutko muzyka, jak zawsze romantyczne ballady. Jesienią wszystko odczuwa się mocniej. Wyjęła ostatnią rzecz z kartonu. Dokładnie zapakowaną w starą, dziurawą szmatkę. Zanim ją odwinęła, poczuła ciepło w dłoni. Ukryty przedmiot wysyłał jej swoją tajemniczą energię. To była filiżanka. Mała, biała, a właściwie kremowa. Wokół miała złoty, obszarpany pasek i tłoczenia gałązek. Była cieniutka i bardzo krucha. Na jej spodzie widniała data 1874 – 1878 Jaworzyna Śląska. Z jednej strony widniał piękny niebieski kwiatek. To chyba chaber. W sumie wyglądało to jak mały, polny bukiecik. Była idealna do samotnej kawy. Złoty pasek świecił i kusił. Oglądała ją z każdej strony. Kto z niej pił? Kogo uszczęśliwiała? Skąd się wzięła w domu babci jej przyjaciółki? Anka złożyła szmatkę, a resztę papierów poskładała do kartonu. Wszystko musiała pomyć i poukładać na regale. Co chwilę zerkała na niebieski kwiatek i podziwiała delikatność i kruchość przedmiotu. Tyle lat, a ona jakby nieruszona zębem czasu. Potem trzeba będzie znaleźć tym podarkom właścicieli, a może oni sami się znajdą? Jednego była pewna, tej filiżanki nie odda nikomu. Magia filiżanki ciągle ją wołała, Anka odruchowo odwracała głowę co chwilę by sprawdzić, czy stoi na stoliku kawowym. Każdy napój z niej musiał smakować wyjątkowo, tak samo jak wyjątkowa pewnie była jej właścicielka. Babcia Jadwiga, a jeszcze przed nią pewnie jej matka i babka. A może to kto inny był jej właścicielem? Może to zupełnie inna historia?

                W jesiennym czasie w jej małym kwiecistym zakątku działo się bardzo mało. Na całe szczęście prowadziła sprzedaż online i mogła sobie tutaj to wszystko pakować i wysyłać zakupione towary do ulubionych klientów. Całe lato szykowała się do jesieni i zimy. Czuła się czasem, jak mała myszka. Zbierała lawendę i szyła małe poduszeczki albo plotła lawendowe wrzeciona. Wiła lawendowe wianki. Kochała to, kochała swoje miejsce na ziemi. Wymyte naczynia układała jedno obok drugiego, każdemu zrobiła fotografię po to by potem umieścić je w sklepie internetowym. Każda filiżanka miała piękny opis, każdy talerz odkrywał klientom swoją duszę. Po skończonej pracy Anka zaparzyła w kafeterce kawę. Na fioletowym kredensie, który sama odnawiała i malowała poustawiała talerze i patery, a dla siebie wybrała właśnie starą filiżankę. Chabrowa. Tak, ją nazwała w myślach.  Czekoladowa kawa z kapką mleka smakowała iście królewsko. Stojący zegar wybijał właśnie po cichutku godzinę czternastą. Wszystkie paczki z lawendowymi poduszeczkami i wrzecionami oraz dwa lawendowe wianki stały zapakowane i czekały na kuriera. Klienci w tej godzinie pojawiali się rzadko. Do piętnastej mogła sobie spokojnie odpocząć i wypić ulubiony napój. Mimo to czuła, że za chwilę ktoś przyjdzie. To nie pozwoliło jej to uczucie spokojnie usiąść i pogrążyć się w myślach. Zerkała cały czas na drzwi, a kiedy na moment zasłuchała się melodyczne dźwięki muzyki, lawendowe drzwi uchyliły się i do środka wszedł elegancki, starszy mężczyzna. Podskoczyła, jak zawsze, kiedy intuicja jej nie myliła. Nowy klient elegancko uchylił swój kaszkiet i cichym basem przywitał się z młodą kobietą.  W płaszczu, który już dawno wyszedł z mody widniała chusteczka w kratę, a szalik zwisał wzdłuż ramion. Anka przyglądała mu się badawczo, ale też obserwowała siebie, a właściwie swoje reakcje na widok mężczyzny. Z jednej strony budził w niej zachwyt, elegancki starszy Pan, a z drugiej strony chyba się go obawiała, bo na karku czuła gęsią skórkę. Do tego spociły jej się dłonie i moment oczekiwania, aż do niej odezwie wydłużał się w nieskończoność. Niby zwykły klient, a coś w nim było niepokojącego. Delikatnie przechyliła głowę, bo chciała zobaczyć jakie ma oczy. Zimne, szarozielone, wręcz szklane spojrzenie zablokowało jej chęci do jakichkolwiek pytań. Mężczyzna sięgnął po najbliższą doniczkę i postawił na ladzie.

- Proszę ładnie zapakować.  – z jego ust wydobyły się słowa, ale jego głos przypominał jej szept na w pół z sykiem. Niemiecki akcent był bardzo mocny.

- Na prezent? Życzy pan sobie jakiś liścik do tego? Folię czy papier? - starała się po prostu na niego nie patrzeć. W duchu przepraszała kaktusa, że musi oddać go w tak dziwne ręce, ale miała jeszcze nadzieje, że jako prezent trafi do dobrego domu.

- Obojętnie. W papier. Żadnych liścików.  – mężczyzna obrócił się od niej, tym samym uwalniając ją od patrzenia na siebie. Zdecydowanym krokiem podszedł do jednego z lawendowych kredensów. Na jego półce stały filiżanki, talerze, cukierniczki. Anka od lat zbierała te małe cudeńka i znajdowała im nowy dom.

- Skąd Pani bierze te skorupy? Wykopuje Pani w lesie? – sięgnął po jedną filiżankę i omal jej nie zbił, bo zachwiała się na talerzyku.

- Ostrożnie! To bardzo cenne naczynia. – Anka, aż podskoczyła na dźwięk filiżanki – Pan sobie żartuje, a to są ważne dla ludzi pamiątki.

- Tak ważne, że się ich pozbywają? Dziwne jest Pani tłumaczenie.

- W różnych okolicznościach trafiają do mnie. Czasem komuś umiera babcia i przynosi karton z jej kuchni albo kredensu. I już. Czasem starsza Pani nie ma na leki i przynosi do mnie to co ma najcenniejsze. Czasem też ludzie wracają i wykupują to co dla nich ma największą wartość. Jednak najczęściej filiżanki i cukiernice dostają nowe życie. Jest pan czymś zainteresowany? – zawiązała sznurek, który podtrzymywał papier i postawiła na ladzie, zaraz po tym nabiła kwotę na kasę i wydrukowała paragon – Trzydzieści trzy złote. Kaktusa proszę postawić w nasłonecznionym miejscu, podlewać dopiero wtedy, gdy będzie miał sucho i przesadzić, jak najszybciej do nowej doniczki.

- Jest szansa, że kiedyś zakwitnie? – elegancki pan wyjął ze starego portfela kartę i dokonał płatności. Była gruba i czarna ze złotymi paskami. Wyglądała, jakby zaprojektowana na specjalne życzenie klienta. Zrobiła na niej ogromne wrażenie. Płaszcz i stare buty nie wskazywały na zamożność tego człowieka. Zmarszczyła nos i w myślach sama skarciła siebie za powierzchowność. „Nie oceniaj ludzi ubraniu, ale po oczach. Ten mężczyzna chyba nigdy się nie uśmiecha…”

Klient chwycił kaktusa, nonszalancko włożył na głowę kaszkiet, mrucząc przy tym pod nosem do zobaczenia. Drzwi trzasnęły tak samo nagle, jak kiedy przekraczał próg Lawendowego Ustronia. Sięgnęła po filiżankę, porcelana z Jaworzyny Śląskiej, miała ze sto lat i pewnie nie jedno widziała w swoim porcelanowym życiu. Tylko złote paski były dowodem na starość i miłość ludzi do małego naczynia. Ile kobiet sięgało po łyk kawy czy herbaty tylko po to by ukoić myśli? Ile z nich ocierało łzy chusteczką, a ile po filiżance sięgało po lampkę szampana?  Niebieski kwiatki zdawały się do niej uśmiechać, machać, przyciągać. Wiatr coraz bardziej szalał za oknem, niemalże tak jakby mężczyzna wraz w wyjściem z kwiaciarni wypuścił z siebie jakąś wściekłość. „Oby szanowny Pan już tutaj nie wrócił…” uplotła w głowie swoje życzenie, niestety to nie był czas na jego spełnienie. Opatuliła się szalem, bo po plecach przechodziły ją dreszcze. Kawa wystygła, a Anka miała uczucie, jakby gość zabrał jej nie ciepło napoju, ale też całą energię. Niemal odruchowo wyjęła świeczki i zapaliła kadziło. Zapach białej szałwii momentalnie rozszedł się po całym otoczeniu. Zamknęła oczy i uśmiechnęła się do siebie. „Nie będę o nim myśleć. Pewnie zawitał do kogoś przejazdem. Stąd ten kaktus jako prezent.” Układała się ze swoimi myślami i odganiała te, które były dla niej niewygodne. Jeszcze godzina i będzie mogła pójść do domu. Wydała paczki kurierowi i spokojnie zamykała swoje mała królestwo. Była zmęczona i nie miała ochoty na pogaduszki, niestety nie miała wyjścia, bo tuż za jej plecami przystanęła sąsiadka. W tak małym mieście wszyscy o sobie wszystko wiedzą. Także Pani Iza miała nowe wiadomości.

- A dobry wieczór Pani Aniu! Dobry wieczór! Widziałam, że szanowny Pan był tutaj po kwiaty!

- Był. Czy szanowny to nie wiem, a Pani wie kto to? - przytrzymała drzwi nogą i już lekko poirytowana, ale ciekawa czekała na lokalne ploteczki. Kto jak kto, ale sąsiadka przynajmniej zawsze sprzedawała prawdziwe informacje.

- No tak, Ty mała byłaś, to i możesz go nie znać. To ten Niemiec co kupił dom Twojej babci w Jesionach, a teraz nikt tam nie mieszka. Podobno tam się urodził. Chociaż ile w tym prawdy? Kto to wie?

- Wrócił na zawsze? – Anka stanęła jak wryta, nie znała go. Dom babci zamknięty na cztery spusty przez nowego właściciela był dla niej tylko historią. Była malutka, gdy babcia wprowadziła się do jej matki, a dom przejął właśnie Niemiec. Marzyłaby tam kiedyś pójść i zobaczyć dom, w którym wychowywała się mama. Po remoncie wyglądał jak luksusowa willa, tylko bluszcz i czerwona cegła zdradzały jego wiek i poprzedni charakter.

- Gdzie tam? Przyjechał i pojedzie. Kto by z takiego kraju przenosił się na nasze zadupie. Jeszcze tu u nas coś się dzieje, ale tam? Ciekawe co na to Twoja matka. Pewnie jej to po latach obojętne. Babci za to by się to nie spodobało.

- Ale dlaczego babcia miałaby mieć coś przeciwko? - pani Iza tylko machnęła ręką i poszła w swoją stronę. Zostawiła Ankę z nowinami i kolejnym przeczuciem, że jednak ten Niemiec, nie przyszedł do niej bez powodu. Tylko co go do niej sprowadzało? Wyjęła telefon i zadzwoniła do matki, która już na nią czekała z obiadem. We dwie żyły sobie w domku na obrzeżach miasteczka. Dom wybudował jej ojciec, a mama kochała go za to jeszcze bardziej. Każdą cegłę kładli wspólnie i na wszystko razem pracowali. W jej domu od zawsze była miłość i ciepło, a póki babcia żyła to i codziennie świeże ciasto. Spokojnie ruszyła do domu, miała piętnaście minut spacerkiem na Zieloną Górkę, tak nazywano dzielnicę, w której zamieszkali jej rodzice ponad czterdzieści lat temu. Ania czuła nadal ciepło w dłoniach i rozmyślała o nowej filiżance. Nawet przez moment pomyślała, że musi ją zabrać do domu, żeby przypadkiem nikt nie chciał jej kupić. Ciepłe dłonie o tej porze roku to luksus, jesień rozgościła bowiem już na dobre.

W małym miasteczku wieści rozchodzą się szybko, w sobotę rano nie mówiono już o niczym innym, tylko o tym, że niewidziany właściciel domku w Jesionach przyjechał i przechadzał się po miasteczku, robiąc zakupy w piekarni i kwiaciarni. Niektórzy nawet wybrali się na przejażdżkę, żeby zobaczyć na własne oczy mały wiejski domek i jego otwarte okiennice. Na podjeździe stał luksusowy samochód, o którym niejeden marzy, a dym z komina powoli się snuł. Plotka nabierała rozpędu i każdy tworzył swoją teorię przyjazdu starego człowieka. Wszystkich zżerała ciekawość. Anka miała złe przeczucia i w duchu modliła się, aby już jej więcej nie nachodził, ale myśląc o tym przyciągała go do siebie jeszcze bardziej. W samo południe znowu trzasnęły drzwi, a w nich stał elegancki pan w kaszkiecie. Tak samo zimny i tak samo mało rozmowny, zamówił kwiaty na cmentarz i wybrał małe znicze. Wypytał też o drogę do małego Kościoła, na którym już od lat nikogo nie chowano i do którego niemal nikt nie chodził, bo i kościół stał zamknięty na cztery spusty. Straszył zabitymi oknami i pustą dzwonnicą. Anka miała na języku z tysiąc pytań, ale bała się na niego popatrzeć, a co dopiero zadać garść wścibskich pytań. Doszła do wniosku, że gość z Jesion po prostu przyjechał pożegnać się z przeszłością, może zrobić z nią porządek. Ludzie mówili, że zanim jej babcia zamieszkała w tym domku, to on tam się wychował. Tego jednak nikt nie wiedział na pewno. Dom, bowiem kupował w imieniu starszego pana pośrednik, a ten nawet jeśli posiadał wiedzę o nowym właścicielu trzymał ją dla siebie. Anka długo spoglądała przez okno i obserwowała powolne kroki, dystyngowanego klienta. Dopiero kiedy auto odjechało, objeżdżając cały ryneczek Domarowa odetchnęła spokojnie. Czy każda historia zawsze musi być tajemnicza i mroczna? Takie postacie budziły w niej dreszcze i lęk. Ludzie bez uśmiechu i dobrego spojrzenia w oczach nie znajdowali w niej sympatii. Jej teoria była taka, że jak tylko Niemiec odwiedzi groby bliskich znowu zniknie i spokój wróci do miasteczka. Dlatego popołudniową kawę piła już bez myślenia o swoim nowym kliencie. Kiedy wyciągała filiżankę z kredensu znowu poczuła ciepło w dłoniach i radość z jej posiadania. Mały chabrowy bukiecik przypominał jej tegoroczne lato, które niemal przeszło już do historii. Spacery między łanami zbóż, w pełnym słońcu, letnie sukienki i zapach siana oraz wspomnienie spotkań z Radkiem.  „Nigdy niczego nie żałuj, każdy dzień jest wskazówką.” -mawiała jej babcia, a potem matka. „Każda miłość, każda miłostka uczyni mnie lepszą towarzyszką życia, dla tego jedynego.” - tak też tłumaczyła sobie za każdym razem, gdy kończyło się coś co miało trwać.  Z Radkiem było inaczej. Czuła pewność, że to ten. Ten jedyny. Od miesiąca jej mąż. Kawiarka burczała na małej, gazowej kuchence. W Lawendowym Ustroniu, zapach kawy wciskał się w porozkładane poduszki, serwety i mieszał się z wszechobecną lawendą. Wyciekał szczelinami w drewnianych oknach i smugą unosił się spod starych drzwi wprost na chodnik, gdzie kusił przechodniów. Pusty rynek Domarowa miał w sobie coś czego Anka nigdy by nie porzuciła dla dużego miasta. Cisza i rytm. Rytm kroków każdego przechodnia, tuptanie, człapanie, szybki marsz, ociężałość kobiet, które uginały się pod torbami z jedzeniem, czasem stukot szpilek pań z Ratusza, gdzie mieścił się cały magistrat małego miasteczka albo śmiech licealistów, którzy wylegali na plac podczas długiej przerwy i toczyli barwne rozmowy, z bułką lub pączkiem w ręku. Młodzi, weseli, ambitni i ciekawi życia, przyszłość swoją widzieli w kolorach tęczy. W końcu też chodziła do tego liceum i marzyła o cudownym życiu, a dziś ma swoje lawendowe pole, capa i mamę oraz wielką miłość Radka. Anka od lat wiedziała, że jeśli kiedyś wyjdzie za mąż to tylko za kogoś dla kogo będzie najważniejsza. Widziała zbyt wiele łez wśród najbliższych jej kobiet i nigdy nie chciała związać się tylko po to by i o niej mówiono „mężatka”. Z nim było inaczej. Był przecież między nimi Mikołaj, ale on wręcz ich scalał, a nie dzielił, choć dziecko zawsze będzie dla ojca najważniejsze. Dla niej ten mały chłopiec też był najważniejszy. Jego oczka, rączki, uściski, kiedy przyjeżdżał były dla niej jak dar, były też zachętą do własnego dziecka. Oboje zresztą marzyli o własnym maleństwie. Postanowiła zadać kilka pytań matce o Niemca. Przecież ona powinna coś wiedzieć, w końcu pomagała babci dopiąć transakcje sprzedaży domku. Być może mama powie jej coś co ją uspokoi? Przed zamknięciem chciała jeszcze popodlewać kwiaty i wyczyścić je z wyschniętych liści. Zabrała się do pracy i zupełnie zapomniała o swoich przeczuciach. O czternastej zebrała wszystkie swoje torby i zamknęła swój lawendowy kącik. Opatuliła się wełnianym szalem, ubrała odkopane w garderobie wieczorem rękawiczki, a na głowę założyła czerwoną czapkę. W czerwonej, pikowanej kurtce wyglądała jak „Czerwony Kapturek”. Zamiast do domu pojechała na cmentarz. Jej stary samochód nie zdążył się nawet rozgrzać, kiedy wysiadała z auta. Niemal od razu zobaczyła na podjeździe auto Niemca. Szukała go wzrokiem przez wszystkie alejki. Na cmentarzu jesień było czuć o wiele mocniej niż w miasteczku. Wszystkie drzewa były żółto-czerwone od liści, które właśnie się pięknie przebarwiały. Na chodnikach kolorowe dywany miło szeleściły. Na grobach paliły się pojedyncze lampki, jakby dając do zrozumienia, że jesień to czas zmarłych. Anka szła do babci nie patrząc na groby, skupiała się na własnych nogach i liściach. Trasę do ukochanej opiekunki znała na pamięć, te ostatnie lata bez niej były bardzo dotkliwe. Wyciągnęła z torebki mały znicz i zapaliła go pospiesznie. Zadumała się na chwilę i przestała obserwować otoczenie. Nie na długo, bo poczuła na sobie czyjś wzrok. Odruchowo się odwróciła, kilka metrów od niej stał jej mało sympatyczny klient. Miała dreszcze na plecach i jej dłonie zrobiły się lodowate.

- A to pan? Wystraszyłam się. Co pan tu robi? – zrobiła dwa kroki w jego kierunku i zatrzymała się czekając na odpowiedź.

- Wiedziałem, że spotkam tu panią. – mężczyzna uniósł kaszkiet w ramach powitania. Poprawił szalik i powolnym, starczym krokiem skierował się do grobu jej babki.

- Wiedział pan? – nie powinna się dziwić, bo przecież nie tylko ona wyczuwa ludzi i ich intencje. Jednak jego nie potrafiła wyczuć. Nie do końca wiedziała też co ten człowiek szuka właśnie u jej babci.

- Tak. Czułem, że się tu dziś spotkamy. Nawet się przygotowałem, jak widać. - potrząsnął torbą ze zniczami. W ręku trzymał też wiązankę, którą w południe zrobiła mu właśnie Anka. –  znałem pani babcię.

- Jak dobrze? - coś jej nie pasowało. Sąsiadka stwierdziła, że jego obecność nie spodobałaby się babci, a on nawet na jej grób przychodzi.

- Kochałem ją. – mężczyzna kucnął i postawił zapalony znicz tuż obok jej i położył kwiaty.

- Słucham? Co pan mówi. Chyba się pan pomylił. Moja babcia miała męża, a po jego śmierci z nikim się nie widywała.

- Z nikim. Tylko ze mną.

- Co za bzdury pan opowiada. Wiedziałabym o tym. Moja mama by o tym wiedziała. – była zła, co ten człowiek opowiada? Tak szkalować dobre imię babci.

- Nie sądzę. – spokojnym, zimnym tonem odpowiedział na jej emocjonalną reakcję. – Nikt o tym nie wiedział, bo Pani babcia miała męża. Na wsi wybuchłby skandal. Kochaliśmy się od pierwszego spotkania.

- Dlatego teraz pan mnie nawiedza w kwiaciarni i dlatego pan mi to mówi? Babci już nie ma. Jakie to ma teraz znaczenie? Chce pan zniszczyć dobre imię tej kobiety? Poza tym to bzdury.  – miała dość tej rozmowy, jego spokój i opanowanie wręcz ja irytowały. Wsadziła lodowate dłonie do kieszeni kurtki i zrobiła groźną minę. Absurd, totalny absurd. Jednak znowu jej przeczucia nie myliły. Widziała, że wizyta tego człowieka zmąci harmonię, jaką miała do tej pory. Czuła złość i zastanawiała się czego on tak właściwie chce. – Czego pan chce?

- Prawdy. – obrócił się i ruszył do przodu, a kobieta podążyła za nim, cała wzburzona i zła.

- Jakiej prawdy? Pana? Przecież mówię, że nikt nie miał pojęcia o waszym romansie. To jakiej prawdy pan chce?

- Myślę, że na dziś wystarczy. Muszę odpocząć. Wie Pani już jestem bardzo starym i zmęczonym człowiekiem. – powoli skierował się do auta, znowu zmroziło dziewczynę i nie zrobiła już za nim ani kroku, ani nie powiedziała nawet słowa. Została sama na środku cmentarnej alejki z nową, starą historią babki. Nigdy przecież by nie przypuszczała, że ta cudowna kobieta, która samotnie wychowywała jej matkę, miała romans w trakcie małżeństwa. No i co na to mama? Zmartwienie spadło na nią i nie pozwalało się ruszyć z miejsca. Złość na obcego sprawiła, że zaciskała powieki i dłonie w piąstki. Po dłuższej chwili ruszyła na parking. W jej torbie szalał telefon, to Radek próbował się dodzwonić do swojej ukochanej żony. W przeciwieństwie do niej on nie miał, żadnych przeczuć. Po prostu tęsknił i chciał zapytać, jak minął jej dzień. Jeszcze chwila i będzie w domu, w ich domu spokojnie popijał herbatę z cytryną i zajadał obiad, który przygotowali wczoraj wieczorem. Nie spodziewał się, że właśnie w jego związku pojawiła się pierwsza tajemnica, a żona do domu wróci nieco zmieniona.

Wieczór Anna spędziła z totalnym zamyśleniu, wszystko wypadało jej z rąk, ale nie potrafiła podzielić się swoją tajemnicą. W sercu nadal nie wierzyła w słowa mężczyzny, który pojawił się właściwie z znikąd i podzielił się z nią swoją historią. Co ona ma teraz z tym zrobić? Czego on od niej oczekuje? W głowie piętrzyły się pytania, wątpliwości i rozczarowanie. Nie miała żalu do babci. Irmina, była cudowną kobietą, która wiele w życiu przeszła. Dziadek Antoni odebrał sobie życie tuż po urodzeniu jej mamy. Nikt nie wiedział, dlaczego. Wszyscy zajęci swoim życiem przyjęli wiadomość z szacunkiem dla rodziny zmarłych, a może było inaczej? Może to co mama opowiadała było nieprawdą? Może był skandal na całą wieś? Chciała usłyszeć tą opowieść do końca. Chciała poznać prawdę. Prawdę starego człowieka. Zasiał w niej bowiem wątpliwość i ciekawość. Teraz cała uwaga zatrzymała się na przeszłości, której nie znała. O historii swojej rodziny, której jak się okazało nie znała. Dopiero dotarło do niej co musiała czuć Daria, kiedy dostała dom w Jesionach razem z babcią i dziadkami. Wiedziała, że tylko przyjaciółka może ją zrozumieć. Na szczęście jest blisko i w każdej chwili może do niej pojechać, może nawet jutro, jeśli Radek nie wymyśli czegoś dziwnego. Była też pewna na sto procent, że Niemiec wkrótce ją odwiedzi. Czekała na niego i mentalnie chciała się przygotować na to spotkanie. Obiecała sobie, że tym razem nie będzie krzyczeć i nie pokaże słabości. Rozmowę z matką postanowiła przełożyć na dzień, w którym pozna „jego prawdę”.

Włożył swój płaszcz, który kupiła mu jeszcze żona, szalik i kaszkiet, zawołał Bruna, pracownika, z którym podróżował i kazał zawieść się do kwiaciarni. Nie zostało mu już wiele czasu. Musiał rozmówić się z młodą kobietą, by dotrzeć do jej matki. Nie miał sił, bolało go całe ciało, ręce drżały. Zapominał adresu, jaki jest dzień, a nawet miał problem z wymówieniem nazwy własnej firmy. Miesiąc, może dwa. Może pół roku. Tyle usłyszał od lekarza. To był jego ostatni czas. Od śmierci najbliższych był sam. Przy życiu podtrzymywała go tylko historia z Irminą. Odeszła przed nim. Zabrała ich miłość do grobu. Musiał, chciał, potrzebował wyjaśnić to wszystko co było. Zbyt wiele lat zwlekał, bo posłuchał woli kobiety, która podjęła decyzję za niego. Auto wtaczało się na mały ryneczek powoli, przechodnie zwracali uwagę na nie i zaglądali przez przyciemniane szyby. Powoli wysiadł i niezręcznie podnosił nogę za nogą, by sięgnąć klamki. Był poniedziałek. Miasteczko w listopadzie osnute, mgłami, a dni bez słońca przechodziły jeden w drugi. Od drzwi czuł zapach kawy i ciepło. To samo, które przyciągało go lata temu do Irminy. To samo, które przeszyło mu dłonie nad jej grobem, gdy stawiał na nim mały znicz. Uchylił drzwi i powoli zlustrował całe pomieszczenie. Nie było nikogo. Kawa rozchodziła się po wnętrzu mieszając z zapachem kwiatów i lawendy. Podobało mu się wnętrze małej kwiaciarni, było jak dom. Ciepłe, jasne i pachnące. W tle było słychać muzykę, delikatne dzwoneczki, chwilę po tym jak stanął we wnętrzu wokół jego nóg pojawiły się dwa koty. Brus i Idylla ocierały się o niego, jakby chciały mu powiedzieć, że musi poczekać, a z drugiej strony jakby czekały na niego. Chrząknął i usiadł na turkusowej kanapie, która czekała na wszystkich klientów. Widziała i słyszała niejedną historię. Jakby była stworzona do tego, żeby ludzie na niej spowiadali się ze swych tajemnic. Czekał. W tym czasie Anka pakowała na zapleczu wianki w kartony i przyklejała na nie kolejne naklejki z adresami. Nie czuła niepokoju, nie czuła jego obecności. Nuciła pod nosem tylko sobie znaną melodię. Zapracowana nie zauważyła, że koty zniknęły spod jej nóg. Poskładała kartony jeden na drugim i tak weszła na sklep. Nic nie widziała, patrzyła pod nogi, by się o nic nie potknąć. Odłożyła je na blat i aż podskoczyła z wrażenia. Jej dłonie stały się lodowate, a serce biło jak oszalałe. Popatrzyła na zegarek i zrozumiała, że południe to dobry czas na rozmowę.

- To pan. Długo pan czeka? - niemal szeptem rzuciła w niego zapytanie – Zamknę drzwi, żeby nikt nam nie przeszkadzał. Rozumiem, że chce pan porozmawiać. – zaskoczył ją, choć przecież wiedziała, że przyjdzie. – Zrobić coś do picia? Kawy? Mam jeszcze w kawiarce.

Mężczyzna milczał, kiwał tylko głową. Powoli oparł się o kanapę i zdjął kaszkiet, który położył sobie na suchych kościstych kolanach. Beżowe, wełniane spodnie niemal na nim wisiały. Oczy miał smutne i załzawione. Dziewczyna do złudzenia przypominała mu miłość z młodości.

- Proszę, to moja ulubiona. Mam nadzieję, że będzie Panu smakować. Mam na imię Anna. Może mi pan mówić Aniu. Będzie nam chyba łatwiej. Choć i tak mam wrażenie, że będzie trudno. – podała mu kawę w jednej z wielu filiżanek i usiadła tuż obok.

- Dziękuję. Nie wiem, czy znajdę słowa. Mój polski jest słaby. Jestem Thomas Radke. – mężczyzna mówił z trudnością i cedził każde słowo. Widać było po nim zmęczenie i chorobę. Dopiero teraz Anka mu się przyjrzała, nie był już taki nieprzyjemny, oschły. Był starym człowiekiem, który usiadł z nią przy kawie. Patrzyła na niego z nieukrywanym współczuciem.

- Nie musi Pan wszystkiego mówić. Mamy czas. Choć nie ukrywam, że bardzo mnie pana słowa bolą i zastanawiają. Sprawił Pan, że poczułam się w swojej rodzinie obca. Odebrał mi pan coś czego nawet nie umiem nazwać. Spokój? Zaufanie?

- Nie to miałem na celu. Poznałem Irminę piętnaście lat po wojnie. – zatrzymał się, jakby szukał dobrych słów - Miałem trzydzieści lat, kiedy pierwszy raz udało mi się tu przyjechać. Świat był wtedy zupełnie inny. Niemiec na tych terenach był wrogiem. – spuścił głowę i zakrył twarz dłońmi.

- Po co Pan tu przyjechał? - próbowała mu pomóc snuć swoją historię, zastanawiała się czy lepiej milczeć, czy może zadawać pytania. Siedziała skulona obok obcego mężczyzny i słuchała, a dłonie jej drżały.

 - Przyjechałem zobaczyć, jak wygląda nasz dom, obiecałem to mojej mamie, kiedy umierała. Irmina stała wtedy na przed ogródku. Pieliła kwiaty. Była jak anioł. – co chwilę zatrzymywał się by wziąć oddech, z trudem go łapał, jakby połykał łzy. - Stałem i patrzyłem na nią i na dom. Nie znałem słowa po polsku. Ona nie znała niemieckiego. Jednak zrozumiała, że to był kiedyś mój dom. – Anka miała łzy w oczach. Boże, ile ta wojna ludziom krzywdy zrobiła. Nawet po wojnie takie głupie myślenie. Dzisiaj Niemiec to po prostu Europejczyk. Słuchała go i współczuła. 

 

 … Za trzecim razem, kiedy udało mi się przyjechać wpuściła mnie do domu. Piliśmy kawę i ja próbowałem coś do niej powiedzieć po polsku. Od pierwszego spotkania uczyłem się języka. Potem pracowałem z Polakami i podszkoliłem polski. Pracowałem jako inżynier przy budowie mostów. Często mogłem jeździć i wykorzystywałem to jak mogłem. Patrzyłem w jej oczy, ale ona się peszyła. Kiedy przyjechałem za piątym albo szóstym razem z paczkami dla niej, miała na palcu obrączkę. Wyszła za mąż. Trzymałem ją za rękę i płakałem…- głos mu drżał, a po policzkach płynęły łzy. – Wzruszyła tylko ramionami. Całowałem jej dłonie, nie zabierała ich. Nie była szczęśliwą mężatką. Po paru tygodniach znowu stanąłem w jej drzwiach i chciałem ją zabrać ze sobą, byłem gotowy zabrać ją do swojego domu. Poszliśmy na spacer, jej męża nie było. Zresztą nigdy go nie było. Starałem się zrozumieć, gdzie jest, ale ona tylko pokazała mi puste butelki. Pił. Poszliśmy na łąki, nad stawy, do lasu. Kochaliśmy się na sianie do późnej nocy. Prosiłem wyjedź ze mną. Jednak nie chciała. To była miłość. Dzisiaj mówi się chemia. To było tak silne, że przez lata nie mogłem o niej zapomnieć. Wyjechałem na kilka miesięcy na kontrakt. Kiedy znowu się pojawiłem była w ciąży. Kazała mi odejść, kazała się wynosić. Nic dla niej nie znaczyłem. Potem urodziła się twoja matka. Mąż Irminy popełnił samobójstwo kilka miesięcy później, a ona nie chciała mnie więcej widzieć.  – nabrał powietrza, tak jakby miał wydać z siebie ostatni oddech. Anka doskonale wiedziała, ile go kosztuje ta rozmowa. Emocje miał wypisane na twarzy. Po dłuższej chwili próbował kontynuować opowieść. Rwał jednak zdania, tracił wątek. Znowu się powtarzał, aż wypowiedział wszystko co chciał. Kaleczył język, którym nie posługiwał się od lat.

- Pisałem listy i wysyłałem jej paczki dla dziecka. Nigdy się nie odezwała. Podobno zapił się na śmierć. Dlaczego? Być może się o nas dowiedział, a być może Twoja matka jest moim dzieckiem. Ta miłość nie była możliwa. - ostatnie słowa wypowiedział takim szeptem, że Anka ledwo zrozumiała. Drżąca ręka mężczyzny podniosła do ust filiżankę z kawą. Wystygła już i na pewno nie smakowała tak jak zawsze. Powietrze zrobiło się gęste, dłonie dziewczyny niemal parowały.

- Jestem sam. Moja żona zginęła w wypadku samochodowym kilka lat temu. Mam raka i zostało mi już bardzo niewiele czasu. Pójdę już. Jestem zmęczony. - starość zaprosiła go na kanapę i kazała wyrzucić z siebie swoje wątpliwości. Może marzenie.

- Nie wiem co powiedzieć. Czy moja matka jest pana córką? Jesteś moim dziadkiem? – dotknęła jego dłoni i popatrzyła w oczy, które były tej samej barwy co jej, choć już wyblakłe i bez błysku. Ogarnął ją spokój, bo jego „prawda” nie była dla niej bolesna. Czy historia zawsze musi być taka mroczna? Smutna? Tragiczna? A może właśnie dziś odnalazła brakujący w jej życiu element?

Otworzyła mu drzwi i długo jeszcze w nich stała, nie czując zupełnie zimna ani smutku. Patrzyła, jak odjeżdża i kompletnie nie wiedziała co dalej. Jak sprawdzić czy ta historia jest prawdziwa? Dopiła swoją kawę z ulubionej filiżanki i dopiero na nowo otworzyła swój mały lawendowy świat dla ludzi. Jej oczy były szare i smutne, bo nie miała pojęcia jak porozmawiać o tym z matką. Zburzyć komuś jego świat jest tak łatwo, a odbudować go jest potwornie ciężko.

Raz na jakiś czas, nawet wtedy, gdy czujemy się szczęśliwe i spokojne przychodzą dreszcze, złe myśli, wrażenie, że coś się wydarzy. Intuicja nie zrobiła jej psikusa. Mężczyzna, który stanął w jej drzwiach dał jej swoją historię. Miłości nierealnej. Miłości bolesnej, a może cichej i milczącej. Dał jej i nie zapytał co z nią zrobi, a ona nie zadała mu jeszcze tak wielu pytań. Każde kolejne wyciągała niczym złote nitki z głowy. Wkładała je do pudełeczka myśli, żeby nie uleciały. Jaka była babcia w młodości? Jak wyglądały Jesiony w czasie wojny? Czy pamięta Joannę? Skoro mieszkał tak blisko pewnie ją znał. Kim byli jego rodzice? Po co wrócił? Pytanie za pytaniem pojawiało się w jej głowie. Nie była pewna czy dostanie na nie wszystkie odpowiedzi. Jednak chciała je zadać. Pochylić się jeszcze nad starcem, który właśnie kończył swoje życie.



O AUTORCE bloga 

Barbara Grzymkowska-Blok 

Szalona, wesoła i energiczna mama czwórki. Z wykształcenia polonistka, która świat ubiera w słowa, a z zawodu florystka, która upiększa każdą życiową przestrzeń. Po wielu życiowych zawirowaniach postanowiła wspierać kobiety i podczas warsztatów pomagać im rozkwitać po kryzysie. Autorka powieści „Osobista Wojna” oraz „Malowane Życie” – książek o kobietach i dla kobiet. Jest pasjonatką Pięknego Życia, z którego zrobiła własną filozofię. Mieszka we Wrocławiu, cudownym mieście spotkań, ale uwielbia podróże małe i duże. 

A jej książki znajdziesz tutaj  https://www.barbaragrzymkowska-blok.pl/sklep/


 


Komentarze