Tu i teraz, a do tego ja...

Nie boję się szczęścia...

Długo dojrzewałam do tego zdania. Słowo niewypowiedziane nie istnieje, a co dopiero napisane. Wiele razy zastanawiałam się w co zamienić moje doświadczenia. jakie wyciągnąć wnioski, nauki. W co przerobić traumę?  Jak z tego wszystkiego wyjść z pełną torbą gadżetów potrzebnych do życia. Kiedy ponad pół roku temu napisałam Wam, że mimo pozornie poukładanego już życia, nowego życia dalej nie żyję we właściwy sposób, zaczęło do mnie wiele rzeczy docierać. Kiedy wyprostowałam już tak wiele spraw od finansowych po rodzicielskie, czułam się jak obserwator. Po pierwsze ciągle nie dawałam sobie przyzwolenia do szczęścia. Mimo, iż robiłam wszystko by znowu czuć się szczęśliwą, wykonywałam tylko zadania, które mogły mnie do szczęścia zbliżyć. Ja Obserwator widziałam, że moje dzieci się śmieją, bawią, że śpiewają piosenki i mają totalną głupawkę, ale zbyt mało śmiałam się z nimi lub tylko zakładałam odpowiednią maskę. W sercu był lęk, smutek i strach. Jednak ta rola mi nie pasowała. Co z tego, że moje dzieci odzyskały dzieciństwo i rodzinę, co z tego że mam z kim się zestarzeć, co z tego że mam już stabilizacje do której tak dążyłam? Co z tego jeśli boję się, że za chwilę to stracę? albo że ktoś uzna, że nie mam prawa do szczęścia? Nie chciałam do końca życia asekurować własnego szczęścia tylko je po prostu przeżywać.
Postawiałam sobie wyzwania-
po pierwsze zaakceptować teraźniejszość, zamknąć przeszłość- to związane było mocno z wybaczeniem, odrzuceniem poczucia krzywdy, pozbyciem się żalu,
po drugie nie przejmować się tym na co nie mam wpływu, a nie mam wpływu na innych ludzi, na to co robią i co myślą, nie mam wpływu na banki, franka, deszcz i słońce,
po trzecie dać sobie przyzwolenie na pozytywny egoizm, rozpieścić siebie i postawić na siebie, tu bardzo pomogły mi warsztaty z Dagmarą Skalską i jej książki.

Te trzy zadania przez ostatnie pół roku stały się moim nawykiem, powoli te złe myśli odeszły. Bałam się ślubu, bo co będzie jak się rozpłaczę, jak wrócę do mojego pierwszego ślubu, jak to przeżyję? To ta myśl, psuła mi radość z pierwszych przygotowań. Godzinami, mogłam się dołować. Jednak przyszło oświecenie i cieszyłam się z każdej godziny u krawcowej, z każdego wyboru od zaproszeń, aż po ciasta. Pozwoliłam swoim mięśniom na luz, moja twarz się rozpromieniła, oczy zabłysły, przestałam się asekurować. Zdarza mi się nawet zbyt często mieć głupawkę z dziećmi, a  one wtedy patrzą na nową mamę z akceptacją. Co do ślubu moje obawy były nieuzasadnione, bo kiedy stoisz przed kimś kogo kochasz cały świat przestaje w tym jednym momencie się liczyć...Zachowałam w sercu wszystkie dobre momenty z mojego życia, a te złe dostały odpowiednie miejsce, nie głęboko, ale daleko od serca.

To przeszłość, ale co z teraźniejszością? Wiele osób zadaje mi pytanie co się we mnie zmieniło i dlaczego. Właśnie to zarówno moje wyzwanie dotyczyło przeszłości jak i teraźniejszości- pełna akceptacja tego co nas spotyka, akceptacja wyborów ludzi, brak walki z rzeczami na które nie mam wpływu. Cały czas dążę do własnej harmonii, ale to o czym piszę działa. Działa na szczęście.

Nie boję się szczęścia...

Dzieci moje jeśli kiedyś to będziecie czytać:) to mam nadzieję, że nie będzie to dla Was odkrycie. Mam nadzieję, że będziecie korzystać z mojej wiedzy:)

Miłego dnia!






Komentarze

Anonimowy pisze…
Basiu wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia .Bądzcie szczęsliwi kochajcie się ,kochajcie dzieci jeszcze raz wszystkiego najlepszego.Pozdrawiam Basia.
florysztuka pisze…
Ach Basiu:) dziękuję za to, że jesteś!! dziękuję:)

Popularne posty