czwartek, września 29, 2016

Zamek Chojnik-zdobyty !!

Całą sobotę spędziliśmy w Jeleniej Górze na Jarmarku Staroci i Osobliwości o którym pisałam tu, a w niedzielę postanowiliśmy wybrać się do Zamku Chojnik. Od trzech lat jeździmy do Jeleniej Góry, zwiedzamy tamtejszą okolicę dość systematycznie i niemal za każdym razem mijaliśmy zbocza, na których dumnie prezentował się Zamek Chojnik. Za każdym razem podnosiliśmy głowy i obiecaliśmy dzieciom, że tak pójdziemy i tam.  Po niesamowitym klimacie Placu Ratuszowego w Jeleniej Górze, po tych setkach mijanych ludzi i fantastycznych stoisk, zachciało się nam troszkę przestrzeni i natury.
Spakowani pożegnaliśmy rodzinkę i ruszyliśmy do Sobieszowa, tam dojechaliśmy do ostatniego parkingu przed zamkiem i o dziwo !! rewelacja !! obsługiwała nas przemiła Pani, która udzieliła nam pełnej i do tego z humorem- informacji turystycznej.Oczywiście wcześniej czytaliśmy w internecie, że szlak czerwony jest łatwy i przyjemny, a czarny ciężki... W sumie nie mieliśmy pojęcia jak pójdziemy. Pani zadecydowała za nas;) jak nie pójdą Państwo czarnym szlakiem, za parking kasuję podwójnie!!! I masz Ci babo placek:) no przecież nie o pieniądze chodzi:) tylko o honor!! Dzieci weszły na Morskie Oko i Czarny Staw to zamku nie zdobędą ?:) !!  Wyposażeni w uśmiechy ruszyliśmy- prosto do kasy po bilety wstępu do Parku Narodowego. Starszy Pan w kasie oczarował Natalkę i  dał jej na kartce zrobić wielką pieczęć.  Szybko straciliśmy płynność oddechu. Do rozwidlenia szlaku nie było jasno powiedziane jak idziemy, aż zobaczyliśmy te skałki!! czarny szlak!! I było pięknie!!










Trasa pięknie opisana, ścieżka edukacyjna interesująca zarówno dla nas dorosłych jak i dzieci, które na głos czytały umieszczone na tablicach teksty informacyjne o lesie, skałach i zwierzętach. 

Po 40 minutach byliśmy w Zamku:) i tu wybaczcie, ale padł mi telefon zupełnie:) i powstały tylko dwa zdjęcia:)  Jednak śmiało mogę powiedzieć, że ruiny zamku  robią wrażenie, to kiedyś musiało być piękne miejsce. Dobrze, że byliśmy tu niemal po sezonie- wczesna jesień:) piękna pogoda, ale już nie tak tłoczno.
W tych smokach się zakochałam!!
Na dziedzińcu można usiąść i wysłuchać lecących opowieści i legend o Zamku i Jego mieszkańcach. 


Przy zamku można kupić pamiątki, u nas to  jak zawsze kolejny magnes na lodówkę. Dzieci obkupiły się drewnianą bronią. Można też napić się kawy w Karczmie albo ruszyć w dół czerwonym szlakiem.  Na końcu tego szlaku znajduje się źródełko Kunegundy, Natalia zbojkotowała źródło tłumacząc, iż Kunegunda to zła kobieta była i woda pewnie też jest niedobra. Kacper nie widział problemu i wodą się opił:) dziwne było tylko to, że potem go lekko mdliło...



Tak byliśmy bardzo głodni!! dlatego nasz wybór padł na Pizzerię u Bazyla!! Kochamy to miejsce i wracamy tam od początku naszych wycieczek. Pizza z pieca najlepsza w regionie:) i do tego zawsze tak samo smakuje!! mają też makarony i sałatki oraz lody, a także pokoje dla wędrowców;)
Tu możecie zobaczyć i menu i galerię zdjęć:) historia samej pizzerii jest niesamowita, ale o to najlepiej zapytać samego właściciela!! 

Wracaliśmy do domu wieczorem, ciemno zrobiło się już koło 19. Jesień czuć było wszędzie. W naszych sercach też, bo przecież już jutro poniedziałek.  Co dała nam taka dwudniowa ucieczka? Oprócz tego, że wydaliśmy trochę pieniędzy? Po pierwsze dalej się docieramy jako rodzina:) po drugie spędzamy ze sobą czas jako zespół. Na szlaku trzeba sobie pomagać, choć ten czarny szlak to łatwizna, były momenty kiedy dzieci musiały liczyć na nas albo na siebie. Do tego dochodzi niemal ciągła rozmowa!! tak rozmawiamy ze sobą ciągle:) i do tego o wszystkim!! Nie brakowało kłótni, fochów, ale też żartów i śmiechu!!

Co trzeba zabrać na taką wycieczkę z całą rodziną? w sumie dzisiaj wszędzie można znaleźć sklepy czynne w niedziele i to do późna, ale dobrze ze sobą zabrać wodę, coś czekoladowego na przegryzkę. plecaki na zbiory- wracamy o tej porze z liśćmi i trawami, kasztanami oraz zakupionymi pamiątkami.  Mapa zawsze papierowa powinna być w naszym plecaku, bo nigdy nie wiadomo kiedy padnie nam internet, jesienią przydadzą się nam kurtki przeciw deszczowe, a dla amatorów widoków lornetka:) 

Niedzielę zakończyliśmy pytaniem Kacpra: To jakie mamy plany na następny weekend?:)

Być razem:)

Miłego dnia!!

wtorek, września 27, 2016

nowe życie starego

Staram się żyć ekologicznie, dlatego nowe życie dla starego traktuję bardzo poważnie. W domu mam, meble które dostałam lub odkupiłam. Mało mam szafek i regałów w całym domu, ale jeszcze mniej tych nowych prosto ze sklepu.  Chyba dlatego bardzo lubię targi staroci. Jednak mam świadomość, iż nie jestem dobrą klientką, należę do oglądaczy, niestety w związku z tym mam mało bibelotów, nie zbieram filiżanek i lalek, srebrnych monet ani łyżeczek. Mimo to bardzo lubię  targi staroci, antykwariaty, a najbardziej kocham stare meble. Ten weekend spędziliśmy w Jeleniej Górze na największym jakim byłam w życiu targu staroci:) Był to już 43 Jarmark Staroci i Osobliwości.  Cały Plac Ratuszowy i wszystkie małe uliczki zamieniają się w stoiska dla Osobliwości.  Można tam kupić niemal wszystko, co potrzebne lub totalnie nie wiadomo po co:) Bardzo dużo ludzi, dorosłych i dzieci, które również mają swoje stoiska i sprzedają zabawki, książki i duperele. Ja na Jarmark wybrałam się bardzo nieprofesjonalnie- bez aparatu i z pełną kartą pamięci w telefonie:) tak więc mam tylko parę zdjęć tych rzeczy, które mnie urzekły i zatrzymały na chwilę.






Miałam się po niego wrócić i zabrać do domu, bo w mojej głowie stał się symbolem rodziny i ciepła, rodzinnych rozmów. Zatrzymania się. 

Potem pomyślałam, że przecież mi nie jest potrzebny, bo w mojej głowie juz namieszał...oby ktoś bardziej potrzebujący go zabrał do domu ;-)






Najbardziej urzekły mnie koszyczki z szyszek:) wcale nie stare tylko ekologiczne.






Zakochałam się w tych koszach, które powstają z szyszek bez odrobiny kleju. Wszystko jest związane drucikiem. 

Po obejściu całego targu powędrowaliśmy na kawę do mojej ulubionej Jeleniogórskiej Kawiarni:)

Aromacafe to palarnia kawy, w której zawsze kupujemy kawę do domu:) tym razem wróciłam z Cubą, Kardamonową i Waniliową:)  a do tego można się tam schować w szafie i dyskretnie wciągać tartę kokosową:)



Bardzo podobały mi się moje dzieci na targu. Dostały kieszonkowe po 20 zł i nie mogły się zdecydować co kupić. Mamo WOW!! Mamo co to jest? Mamo po co to? I tak cały czas:) Zabawa na sto dwa:)

Ten klimat na Jeleniogórskim Rynku był fantastyczny, świeciło pięknie słońce i ludzie się do siebie uśmiechali. Każdy sprzedający wyczekiwał swego klienta, bo jak podsłuchaliśmy "ONI", czyli znawcy doskonale wiedzą co kto kupi!! I chociażbyś wyglądał na mega bogatego to oni wiedzą czy zabierzesz do domu te stare fotele za dwanaście tysięcy czy nie:)
My zabraliśmy dwie stare kanki na mleko i jedną książkę:) Mają nowy dom:)

A i muszę znaleźć dużo szyszek:)
Buziaki
Basia



poniedziałek, września 19, 2016

No, ale jak?

Jest!! W końcu!! Poczułam jesień!! Uwielbiam jesień:) te barwy, kolory i odlatujące ptaki...szale i płaszcze i zakupy w księgarni...


Jednak jesień to czas, kiedy mamy gorsze i słabsze dni, kiedy łzy same lecą, kiedy świat jest beznadziejny, ukochany już nas tak jak kiedyś nie kocha, nasza praca jest bez sensu, a my w niej jesteśmy słabe...itp...Znacie to? ja znam, znam z autopsji, jak i wielu opowieści dziwnej treści.
Jako osoba, która wyszła z ogromnych problemów, zarówno natury finansowej jak i psychicznej, często jestem pytana, ale jak Ty to zrobiłaś? Uwielbiam to pytanie...jak ja to zrobiłam? nie wiem czy tu starczy na to miejsca:) nie wiem czy mam siły i chęć szczegółowo na to pytanie odpowiedzieć:)
W tragicznych sytuacjach, kiedy nie wiem już co mówić, kiedy wiem że ja nie pomogę odsyłam na terapię. Właśnie tak, bo terapia to najlepsze doświadczenie jakie kiedykolwiek przeżyłam!! Jednak to temat na inny post.
Mimo to czasami też odpowiadam:)  Co robię by poczuć się szczęśliwą, nawet kiedy jest jesień i pada deszcz?
zaparzam dobrą i aromatyczną kawę:)


nie mam zasłon w kuchni i salonie, widzę drzewa w moim ogrodzie, jestem blisko natury i jesiennych zmian, otaczam się książkami, rozmawiam z dziećmi, oglądam komedie, sprzątam garderobę:) to ostatnie tylko wtedy, gdy reszta nie pomaga! tańczę i śpiewam, choć nie umiem!!
dzwonię do przyjaciółek- one na pewno mają ciekawsze problemy i kocham:) albo robię piekielną awanturę  o wszystko i wszystkim, oczyszczam siebie i atmosferę wokół siebie.

W sobotę byłam z przyjaciółką na spotkaniu dla kobiet-Pasja, wiedza i dyscyplina wewnętrzna.
Wrocław, luksusowy hotel, piękne i mądre kobiety.  Karmiłam się każdą z nich, wciągałam nosem ich wiedzę, energię, pasję i siłę.  Poszłam już na to spotkanie jako Pozytywna Egoistka oraz Ważna dla siebie kobieta ( odsyłam do książek Dagmary Skalskiej i Marty Kaim), a wyszłam jako Kobieta z wolnym czasem i energią około 80 innych kobiet:) 
Na spotkaniu swoje wystąpienie miała Marta Kaim, która zaszczepiła mi w głowie myśl o wizualizacji swoich marzeń oraz uświadomiła mi jak wiele wolnego czasu mam w swojej 24 godzinnej dobie. Choć nie lubię sprzątać w mojej garderobie, wiem że w tym tygodniu Barbara Murza-Składanowska osobiście przez swój wykład przyczyni się do tego, iż zniknę na parę godzin wśród wieszaków.  Tak, takie spotkania to też mój sposób na swoje doły, problemy i łzy jesienne...a do tego wszystkiego pierwszy raz w życiu dostałam nagrodę:) otrzymałam bon na zabieg kosmetyczny !! 
Bardzo podoba mi się inicjatywa takich spotkań i chętnie będę w nich brała udział,  tu możecie poczytać o prelegentach http://www.kobietybiznesu.eu/wydarzenie/pasja-wiedza-i-dyscyplina-wewnetrzna
Na sam koniec Pani Ewa powiedziała coś co mnie mocno zasmuciło, a zarazem dało mocy i energii. Każda z nas powinna mieć swoją mentorkę- mamę, babcię, ciocię, sąsiadkę-przepraszam u mnie to niestety nie zadziałało... Jestem na ciągłym etapie poszukiwań...Mam ich zbyt wiele!! czasem żadnej, nadal szukam swojego guru...Zbyt wiele kobiet podziwiam, zbyt mało jeszcze znam...Smutno mi, bo mamy nie mam od 13 roku życia, uwielbiam tylko wykreowane przez bliskich o niej wspomnienie, a babci też nie znałam żadnej, ciocie jakoś zawsze żyły swoim życiem...za to teraz mam wspaniałe przyjaciółki, siostry, szwagierki i mądre kobiety co książki piszą. Tak właśnie, bo ja czytam poradniki i zawarte w nich porady wprowadzam w czyn:)  dzisiaj zapytałam koleżankę: jesteś nieszczęśliwa? a co zrobiłaś dzisiaj by to zmienić?  ja na przykład dekoruję dom:)

udanego tygodnia:)

Basia





poniedziałek, września 12, 2016

Tu i teraz, a do tego ja...

Nie boję się szczęścia...

Długo dojrzewałam do tego zdania. Słowo niewypowiedziane nie istnieje, a co dopiero napisane. Wiele razy zastanawiałam się w co zamienić moje doświadczenia. jakie wyciągnąć wnioski, nauki. W co przerobić traumę?  Jak z tego wszystkiego wyjść z pełną torbą gadżetów potrzebnych do życia. Kiedy ponad pół roku temu napisałam Wam, że mimo pozornie poukładanego już życia, nowego życia dalej nie żyję we właściwy sposób, zaczęło do mnie wiele rzeczy docierać. Kiedy wyprostowałam już tak wiele spraw od finansowych po rodzicielskie, czułam się jak obserwator. Po pierwsze ciągle nie dawałam sobie przyzwolenia do szczęścia. Mimo, iż robiłam wszystko by znowu czuć się szczęśliwą, wykonywałam tylko zadania, które mogły mnie do szczęścia zbliżyć. Ja Obserwator widziałam, że moje dzieci się śmieją, bawią, że śpiewają piosenki i mają totalną głupawkę, ale zbyt mało śmiałam się z nimi lub tylko zakładałam odpowiednią maskę. W sercu był lęk, smutek i strach. Jednak ta rola mi nie pasowała. Co z tego, że moje dzieci odzyskały dzieciństwo i rodzinę, co z tego że mam z kim się zestarzeć, co z tego że mam już stabilizacje do której tak dążyłam? Co z tego jeśli boję się, że za chwilę to stracę? albo że ktoś uzna, że nie mam prawa do szczęścia? Nie chciałam do końca życia asekurować własnego szczęścia tylko je po prostu przeżywać.
Postawiałam sobie wyzwania-
po pierwsze zaakceptować teraźniejszość, zamknąć przeszłość- to związane było mocno z wybaczeniem, odrzuceniem poczucia krzywdy, pozbyciem się żalu,
po drugie nie przejmować się tym na co nie mam wpływu, a nie mam wpływu na innych ludzi, na to co robią i co myślą, nie mam wpływu na banki, franka, deszcz i słońce,
po trzecie dać sobie przyzwolenie na pozytywny egoizm, rozpieścić siebie i postawić na siebie, tu bardzo pomogły mi warsztaty z Dagmarą Skalską i jej książki.

Te trzy zadania przez ostatnie pół roku stały się moim nawykiem, powoli te złe myśli odeszły. Bałam się ślubu, bo co będzie jak się rozpłaczę, jak wrócę do mojego pierwszego ślubu, jak to przeżyję? To ta myśl, psuła mi radość z pierwszych przygotowań. Godzinami, mogłam się dołować. Jednak przyszło oświecenie i cieszyłam się z każdej godziny u krawcowej, z każdego wyboru od zaproszeń, aż po ciasta. Pozwoliłam swoim mięśniom na luz, moja twarz się rozpromieniła, oczy zabłysły, przestałam się asekurować. Zdarza mi się nawet zbyt często mieć głupawkę z dziećmi, a  one wtedy patrzą na nową mamę z akceptacją. Co do ślubu moje obawy były nieuzasadnione, bo kiedy stoisz przed kimś kogo kochasz cały świat przestaje w tym jednym momencie się liczyć...Zachowałam w sercu wszystkie dobre momenty z mojego życia, a te złe dostały odpowiednie miejsce, nie głęboko, ale daleko od serca.

To przeszłość, ale co z teraźniejszością? Wiele osób zadaje mi pytanie co się we mnie zmieniło i dlaczego. Właśnie to zarówno moje wyzwanie dotyczyło przeszłości jak i teraźniejszości- pełna akceptacja tego co nas spotyka, akceptacja wyborów ludzi, brak walki z rzeczami na które nie mam wpływu. Cały czas dążę do własnej harmonii, ale to o czym piszę działa. Działa na szczęście.

Nie boję się szczęścia...

Dzieci moje jeśli kiedyś to będziecie czytać:) to mam nadzieję, że nie będzie to dla Was odkrycie. Mam nadzieję, że będziecie korzystać z mojej wiedzy:)

Miłego dnia!






poniedziałek, września 05, 2016

Ogarnęłam swoją rzeczywistość...

Kiedy się nie marzy, jest źle...bardzo źle...
Kiedy się spełniają marzenia, jest cudownie!!!


Jestem Barbara, mam 36 lat i właśnie zakończyłam walkę z demonami z przeszłości!!
Pogodziłam się ze stratą, wybaczyłam krzywdę, cieszę się swoim nowym życiem. Polubiłam siebie, moje nowe oblicze, moją nową osobowość.
Wyszłam drugi raz za mąż, sama robiłam sobie bukiet ślubny ( słaby pomysł:) i do tego właśnie rzuciłam palenie, po trzech latach:) jestem w tej chwili na dobrej drodze do tego by już do papierosów nie wrócić.

Jestem żywym przykładam, że da się wyjść z dołka, da się kochać i czuć się szczęśliwym nawet po strasznych przejściach:)

Jestem żywym przykładem, że można dzieciom oddać utracone dzieciństwo i uśmiech:)

Jestem żywym przykładem, że warto!!


Kiedy byłam w największej histerii powtarzałam sobie- Jeszcze będę szczęśliwa!! Jeszcze mnie ktoś pokocha, jeszcze ja pokocham siebie i swoje nowe życie.

Dziś wiem, że nic nie jest nam dane na zawsze i swego szczęścia nie można spuszczać z oka. Dziś jednak potrafię cieszyć się z deszczu i ze słońca, z ciszy i hałasu, czuję smaki i zapachy. Kocham i jestem kochana.

Ogarnęłam swoją rzeczywistość:)




Buziaki:)

na zdjęciu z moją córeczką i przyjaciółką:) Kocham Was dziewczyny:)