Jak uciec na Boże Narodzenie by czuć się z tym dobrze...

Witam:)
Poniedziałek, kiedyś mój ulubiony dzień tygodnia, bo po szale weekendowym w domu nastawała cisza i miałam pół dnia dla siebie, dzieci w instytucjach, mąż w pracy i ja wolna przynajmniej do 14...Dziś to niekoniecznie jest mój ulubiony dzień tygodnia, choć bywają wyjątki kiedy  poniedziałek jest fajny, kiedy poranki są wspaniałe. Dzisiejszy właśnie taki jest, poniedziałek, który chcę przeżyć, a nie przez który chcę przebrnąć!! Pobudka o 6.30 i totalne zaskoczenie!! dzieci wstały bez problemu, uśmiechnięte i wyspane, wyszykowały się do szkoły przed czasem!! wszystko zabrały i pojechały do szkoły!! Zostałam sama w domu, jak kiedyś...kiedyś siedziałam i było mi smutno, jestem sama, nie znoszę ciszy, rok temu uciekałam z domu!! z własnego, ukochanego domu...poćwiczyłam jogę i zjadłam śniadanie, o 9 wyjechałam z uśmiechem na ustach i przeświadczeniem, że to będzie dobry dzień...
Przeżyć nie przebrnąć!!-motto na dziś

Miałam napisać jak to jest kiedy na święta się ucieka.
Przychodzi mi jedno słowo cudownie.
Jednak mogło być różnie...
Przyjechaliśmy dzień przed Wigilią, a Szklarska Poręba przywitała nas mrokiem, deszczem i wiatrem, do tego temperatura była iście wiosenna 10 stopni. Gdzie zima? gdzie śnieg? i co my będziemy robić? Nastrój podkręcił fakt, że w naszym studio brakowało łóżka...które oczywiście zaraz przynieśli, ale zdążyliśmy wysłuchać monologu Natalki o tym, że jest beznadziejnie, że zawsze musi być poszkodowana. Spacer? zapomnij leje...Dzieci po kolacji włączyły tv i nastała cisza...Grzaniec jednak poprawił mi humor, zabraliśmy się na dół do sali gier i okupowaliśmy stół do bilarda, tak długo aż rozbolał mnie kręgosłup... zamiast lepić uszka wbijałam bile do łuzy i piłam grzane wino.
Wigilia, nadal leje...humory iście telewizyjne, jednak nie ma tego złego dorwaliśmy stół do pingponga, dwa na dwa, śmiech naszej czwórki było słychać w całym pensjonacie, a kiszki marsza grały, bo zapachy wigilijnych dań cudnie rozchodziły się wszędzie.
Wigilia- brakowało mi bliskich do godz. 17.15, czułam się nieswojo, kiepsko, smutno...popłakałam się oczywiście tak, żeby dzieci nie widziały...Ponad 10 rodzin, każda ma swój stolik, ilość różna po 4,6 osób, po 12-wielopokoleniowe stoły były ze trzy. Powitanie przez właścicieli, modlitwa i czytanie biblii, opłatek...wzruszenie i łzy...i nagle zobaczyłam stolik dwójki dzieci, nastolatkowie. Para, smutna, wpatrzona w siebie, zupełnie sami... Dotarło do mnie, że wszyscy tu są z różnych powodów. Ja świąt bałam się od września, uciekłam przed wspomnieniami, łzami i bólem teściów i swoim. Spełniłam swoje marzenie, bo przez te wszystkie lata chciałam właśnie w górach spędzić święta, a mimo to czułam tęsknotę. Zaraz potem przeszło!! jestem tu z własnego wyboru, bo chcę, mam przy sobie dzieci i bliskiego człowieka, który nieba by mi uchylił. Wróciło poczucie szczęścia i radość z obecności właśnie z dala od domu i bliskich. Po kolacji wszyscy goście udali się do drugiej sali, gdzie przy lampkach choinkowych śpiewaliśmy kolędy. Ponad dwie godziny, każdy dostawał mikrofon i śpiewał z  resztą gości. Na koniec Kacper dorwał mikrofon i rapował życzenia świąteczne!! Natka mu wtórowała!! darliśmy gardła i jak nigdy. Pojawiła się magia świąteczna i bliskość między obcymi, serdeczności i śmiech. Wyszliśmy na dwór, zaczął padać śnieg!! W pierwszy dzień świąt już padało dużo mocniej, spacerowaliśmy po mieście, piliśmy winko i zajadaliśmy się oscypkami, przed obiadem wyskoczyłam poćwiczyć jogę. Drewniany parkiet w sali, wielkie okna, śnieg i ja w zupełnej ciszy ośrodka. Parkiet skrzypiał, a ja czułam się jak mała dziewczynka. Uśmiech, radość w sercu!!! Wieczorny spacer to spotkanie z Liczyrzepą, i konkurs na najładniej oświetlony budynek, wieczorne oglądanie filmów.  Było pięknie, ale bez fochów dzieci się nie obyło:) różne awantury rodzinne jak w domu:)  drugi dzień świąt to zupełna magia, śnieg pokrył całe miasto, więc były aniołki na śniegu, były zjazdy na jabłuszkach, spacery, winko, a wieczorem zabawa na lodowisku. Pierwszy raz w życiu miałam na nogach łyżwy i okazało się, że umiem jeździć, bo latami jeździłam na rolkach. Małe lodowisko, pełno laserowych świateł, muzyka świąteczna, przesympatyczni ludzie, było wspaniale!! O 21 godzinie  szarlotka z lodami i gofry w kawiarni obok!! magia świąteczna!! z lodowiska widok na ośnieżoną Szklarską!
żal było wyjeżdżać, oj żal ale pies z kotem czekali na nas w domu!!
Latami przenosiłam się z mieszkania do mieszkania podczas studiów, mieszkałam z różnymi obcymi osobami, jednak zawsze powtarzałam sobie, że dom jest zawsze tam gdzie my, zawsze działało  i tym razem nam się udało dobrze czuć w sumie w obcym miejscu.














 a z wyjazdu wróciłam z pięknymi wspomnieniami i góralskimi kapciami, które noszę teraz codziennie i przypominają mi miłe chwile:)

Buziaki!!



Komentarze

Madeleine pisze…
myślałam o Was w te święta, w ogóle w te święta dużo myślałam o wszystkim :*
Anonimowy pisze…
Basiu zdrowia szczęscia i miłości życzę Tobie całej Twej rodzinie w 2015 roku.Ciesze się że odnalazłaś miłośc jestes szcześliwa pozdrowienia Basia.
florysztuka pisze…
Dziękuję Basiu:) przesyłam buziaki!!
florysztuka pisze…
Madeleine pewnie Twoje pozytywne myśli uratowały sytuacje:)

Popularne posty