czwartek, grudnia 30, 2010

martini

o tak Sylwester pachnie mi Martini:)i bąbelkami i nadzieją na lepsze jutro:))szube zabieram do znajomych i talerz malutkich kanapeczek oraz taki mały bukiecik

niedziela, grudnia 26, 2010

pomarańcze

kiedy wybieram się z dziećmi na spacer do plecaka zawsze zabieram wode, ciasteczka, cukierki, owoce i płócienną torbe...po co torba??właśnie na szyszki ,gałązki po to by powstawały z nich takie małe upiększacze otoczenia...a zapomniałabym dodać, że mój synuś do mojej torby wrzuca całe kilogramy kamieni, które są jego hobby...pomarańcz ozdabiały moje maleństwa, trzylatka ma niesamowite problemy by wcisnąć goździk w pomarańcz, ale mama dała ostrą wykałaczke i wyszło pięknie, a zapach unoszący sie w domu??bezcenne...ale czy jest to zapach  tylko świąteczny??dla mnie pomarańcz to po prostu zapach zimy a i jeszcze krem nivea pachnie sankami na mrozie...więc święta już dziś przechodzą do historii, były piękne, rodzinne i jestem szczęśliwa.......

sobota, grudnia 25, 2010

spokojnie




dziś jak lekki popołudniowy wiaterek jestem...spokojna, spokojnie, powolutku , delkatnie...rozczulam sie nad każdym elementem mojego świątecznego poranka...bo najpierw otuliły mnie malutkie rączki mojego dzieciątka, gorące rozgrzane i rozmyte oczka z choroby, małe ciałko wślizgnęło sie pod moją kołderke i wtuliło czule...potem z drugiej strony moje drugie dzieciątko wtuliło sie całym sobą w moje ciało i tak spaliśmy jeszcze całe 10 minut...potem ja przytuliłam sie do fuliżanki kawy i kawałka świątecznego sernika....a potem poprzytulam sie jeszcze...choinka świeci i pachnie ostały sie pod nią jeszcze prezenty dla przyjezdnej rodzinki... święta trwają i trwaj ta chwilo bo już za moment  kolejne święta przejdą do historii... acha i WESOŁYCH ŚWIĄT!!!

poniedziałek, grudnia 20, 2010

Jedno z moich ulubionych wspomnień to: leże na leśnej ziemi, wśród sosen, świerków i wszelkiej maści igliwia, czuje lekki dyskomfort, lekkie ukłucia, czuje też zapach sosenek...leże i spoglądam w niebo, skłębione obłoki popychane przez wiatr uciekają przed moim wzrokiem...chyba bardzo się śpieszyłam by dojść na polanke w środku lasu,bo oddech mam przyśpieszony, a może to podniecenie z powodu natury ,która mnie otacza, może lekki lęk przed tym,iż jestem zupełnie sama w lesie...leże i powoli uspokajam sie spoglądając  w niebo, w te chwiejące sie korony drzew, słucham ptaszków , szmerów, gwizdów, szeptów, a potem już tylko zbieram szyszki i jak zwykle objuczona wracam do domu z igliwiem we włosach...a niebo? niebo uspokaja mnie do dziś, wszechświat na jednym obłoczku...


edit grudzień 2011 ten wianek pokazuje jak przez rok zmieniło się moje podejście do kompozycji:)))
 2011r.
.

dziś pokazuje swój malutki wianuszek z szyszek...pachnący pamarńczą...
 2010r

miłego czytania i zapraszam do etykiety wianki zimowe:))
Basia

dla Joanny:)

tak blisko jak się dało:)mini wianki oplecione wokół brzozowych kijków:)

niedziela, grudnia 19, 2010

Dlaczego tak trudno zrobić coś dla siebie??Po dzisiejszej nocy dopadają mnie dziwne myśli...dlaczego tak trudno mi postawić na siebie i uwierzyć we własne możliwości??we własne talenty,w swoją siłe?o wiele łatwiej jest mi uczyć moje dzieci wiary we własne siły, wiary w to że są wyjątkowe i cudowne,a to o dziwo udaje mi się im wpoić, sama natomiast chowam się w cieniu wasnego niedowartościowania.


       Kiedy przychodziło popołudnie, zakładałam sukienke i sandałki i ruszałam poza granice miasta...serce i dusza uspokajały się dopiero wtedy gdy otoczyła mnie cisza, szum drzew i zapach letniej łąki...siadałam na trawie i obserwowałam trawy,każde źdźbło było inne, dumie stało na wietrze będąc ozdobą dzikiej łąki . Nieraz siadałam nad małym strumyczkiem,rowem zarośniętym chaszczami i trawami, a rybki pływały sobie w czystej wodzie, żaby leniwe spały na kamieniach.......kiedy Słońce odchodziło na spoczynek zbierałam swoje zdbycze i często ledwo dając rade niosłam je do domu...a tam witałam sie z każdą gałązką na nowo, układając polne bukiety...potem mówiłam pajączkom i robaczkom dobranoc delikatnie na kartce papieru wystawiając je za okno.....tak powstawały moje pierwsze kompozycje -polne kwiaty w kryształowych wazonach mego ojca...były ozdobą lata, jego kwintesencją i jego sensem, sprawiały,że letnie noce miały swój swoisty ,sensoryczny zapach......zapach wolności i miłości....trwały ze mną do późnej jesieni....

tu pokazuje Wam fragment mego zimowego wianka, świąteczny czas, wianek zrobiony jest z brzozowych witek, przymocowałam do niego szyszki ,które całą jesień zbierałam z dziećmi do pudeł oraz orzechy podarunki od sąsiadki,niestety wszystkie puste w środku....a i jeszcze pomarańcze krojone i suszone na grzejniku, sprawiły iż dom zamienił sie w grecki gaj pomarńczowy......
            

piątek, grudnia 17, 2010

zawsze musi być ten pierwszy raz

Trzy lata temu postanowiłam zrobić coś dla siebie, spełnić jedno z marzeń z dzieciństwa...zrobiłam kurs florystyczny pierwszego stopnia to minimum do spełnienia marzeń...uwielbiam kwiaty i ich układanie, uwielbiam prace w ogrodzie, uwielbiam układanie kompozycji z kwiatów i innych żywych dodatków. Niestety moje starnia pokrzyżowało życie,ale przecież moge zrobić kolejny krok, malutki...i dziś stawiam mały krok zakładając tego bloga....Może jego posiadanie zmobilizuje mnie do stałej pracy i rozwoju mojego hobby...
 
a to moja ostatnia wypieszczona malutka choineczka......cała z witek brzozy, z kawałkami pamarańczy, cynamonem i szyszkami zbieranym wraz z moimi dziećmi na jesiennych spacerach